Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lesbijskie opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lesbijskie opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

Green tea - Rodział 12.




Link do masterposta: KLIK

Jest środek nocy, gdy Harry zwleka się z łóżka i drepcze po zimnej podłodze. Nie wybrali jeszcze z Louisem wszystkich dywanów, wciąż mają czas, by to zrobić lub dosłownie - nie mają go. Harry obiecuje sobie w duchu, by zamówić je przez Internet z darmową przesyłką, o której wiele słyszał od Lottie. Wchodzi do błękitnego pokoiku, który oklejony świecącymi gwiazdkami, oddaje przyjemną atmosferę wnętrza. W kącie świeci się mała lampka z dinozaurem, a Harry uśmiecha się na ten widok, bo pamięta dokładnie dzień, w którym kupili ją z Louisem. Staje nad łóżeczkiem i zaciska dłonie na jednej z barierek. To, jak ulotna chwila, którą chciałbyś zatrzymać jak najdłużej.

- Wiedziałem, że Cię tu znajdę... - słyszy przyjemny pomruk, a chwilę później ciepłe ciało otula go od tyłu. Już nawet nie wzdryga się na ten dotyk. Przynajmniej wie, że idą w dobrą stronę.
- Musiałem sprawdzić, co u niego... - próbuje tłumaczyć, ale Louis zacieśnia uścisk i to wszystko, co się teraz liczy.
- Jest taki spokojny...
- To prawda, jest.
- I nie mogę uwierzyć, że to już 3 miesiące odkąd... - smuci się Harry, a Louis odwraca go przodem do siebie. 
- Posłuchaj, Debbie chorowała, a my nie mogliśmy nic na to poradzić. To cud, że Jamie żyje. Pamiętasz co mówił lekarz?
Harry skina głową, ocierając łzę.
- Po prostu... nie sądziłem, że będzie mi jej tak brakować. I Rosie... wciąż zadaje pytania, gdy wychodzisz do pracy...
- Pewnego dnia zrozumie, obiecuję. I pewnego dnia to wszystko będzie tego warte.
- Tak? - pyta wahającym tonem.
- Tak, usiądziemy wszyscy razem na werandzie, Jamie na Twoich kolanach, a Rose obok mnie na huśtawce, będziemy oglądać zachód słońca i wspominać dobre chwile. Wtedy opowiesz im o ich matce, o tym, jak wiele zrobiła, by dać im najlepsze życie, opowiesz im, dlaczego tak się stało, a oni trochę zrozumieją, trochę nie. Powtórzymy to wszystko rok później i dwa lata, i nawet wtedy, gdy Rose będzie szła na studia... Będziemy pamiętać o Debbie, bo to ona dała nam tę rodzinę i zawsze będzie jej symbolem. - Louis kończy ciepło, a Harry nie powstrzymuje już łez. Nie mówi nic, tylko całuje miękko swojego chłopaka. Ten z kolei wie, że to wystarczająca odpowiedź na jego propozycję. Pozwala sobie wziąć Harry'ego na ręce i zanieść do ich sypialni, gdzie przez resztę nocy śpią splątani ze sobą niczym kotwica i sznur. Nierozerwalnie.

Ranek jest bardziej szalony. Louis zasypia do pracy przez co śniadanie, które przygotował mu Harry staje pod znakiem zapytania. 
- Kochanie, przepraszam, możesz to dla mnie zapakować? Nie zdążę na moją zmianę! - jęczy, widząc niezadowolone spojrzenie chłopaka.
- Tak, to moja wina, że zaspałeś, źle nastawi... - nie udaje mu się dokończyć, bo Louis zamyka jego usta pocałunkiem.
- Ani słowa, mamy poniedziałek, a to jest wystarczające wytłumaczenie.
Harry śmieje się, ale nie dlatego, że tak trzeba, a dlatego że naprawdę kocha tego idiotę.

Kiedy żegna się z Louisem i postanawia przyrządzić sobie zieloną herbatę, słyszy płacz z pokoju Rosie. Zastaje córkę siedzącą na skraju łóżka i wycierającą mokre policzki. Jej włosy są w nieładzie po spaniu i to jedna z tych rzeczy, która może nie biologicznie, ale łączy ją z Louisem.
- Co się dzieje, Skarbie? - pyta i jest cierpliwy. - Miałaś zły sen?
Rosie kiwa głową, na co Harry przyciąga ją do uścisku.
- Obiecuję, że będę tu zawsze dla Ciebie, dobrze Rose?
- Tatusiu, gdzie jest mamusia?


Śniadanie przebiega już w nieco lepszej atmosferze. Harry ma Jamiego zawiniętego w specjalną chustę na piersi i pokazuje Rose, jak powinna trzymać poprawnie widelec. Wtedy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi, a na twarzy chłopaka pojawia się zdziwienie.
- Czy my na kogoś czekamy, kochane robaczki? - mówi do swoich dzieci, chociaż i tak nie otrzymuje odpowiedzi.
Kieruje się w stronę drzwi, lecz kiedy je otwiera nie zastaje nikogo oprócz ogromnego pudełka z małym liścikiem oznaczonym jego imieniem. Podnosi je z trudem i stawia w korytarzu, by później przesunąć nogą do samej kuchni. Kocha w tym mieszkaniu to, że jest rodzinne, idealne dla ich czwórki, tak jakby Louis zaplanował już wcześniej, że będą rodzicami dwójki dzieci.

W opakowaniu znajduje 99 róż, każda w innym kolorze. Uśmiecha się i nawet jeśli urania łzę to nikt nie musi o tym wiedzieć. Kocha Louisa i ma zamiar przygotować na obiad jego ulubione danie. Czasem czuje, że to jedyne, co może zrobić, by sprawić, że Louis jest szczęśliwy.

Reszta dnia jest wyjątkowo nudna. Harry prasuje, robi porządki, piecze kurczaka w sosie śmietanowo-ziołowym, po czym karmi dzieci, przewija, pierze. Nic z tych rzeczy jednak mu nie przeszkadza, pamięta o rozpoczynających się niedługo studiach, jednak nie może podjąć decyzji. Tak naprawdę nie wie, co powinien zrobić. Ma teraz dwójkę dzieci, za które jest odpowiedzialny przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wie, czy to nie będzie zbyt wiele do pogodzenia. Wciąż myśli. Kiedy dzieci ucinają sobie popołudniową drzemkę, on również kładzie się w salonie z interaktywną nianią na piersi i próbuje złapać trochę snu. Budzi go całus Louisa.

- Jesteś już w domu? - szepcze zaspany i podnosi się do pozycji siedzącej.
- Od jakieś godziny, kochanie, spałeś tak smacznie, że nie miałem serca Cię budzić - wyjaśnia.
- Ale! Ale musisz być głodny -
- Harry.
- Przygotowałem obiad, zaraz go-
- Wiem, widziałem i naprawdę nic się nie stanie jeśli obiad chwilę poczeka - obiecuje, a Harry się rozluźnia odrobinę. - Nic nie jesteś mi winien, pamiętasz? - mówi poważnie, na co młodszy spuszcza wzrok.
- Wiem, po prostu chciałem być dobry...
- Harry, Skarbie, jesteś więcej niż dobry! Jesteś wspaniałym chłopakiem i ojcem, jesteś wszystkim, czego nasza trójka potrzebuje, jesteś wszystkim czego ja potrzebuję, uwierz w to, proszę-
- Zjemy ten obiad razem? Naprawdę się starałem...
- Wiem i kocham Cię, przebrałem Jamiego, a Rosie wyszła z Lottie jakieś piętnaście minut temu. Co powiesz na obiad, a potem wspólną kąpiel?
- Brzmi jak plan - uśmiecha się Harry wyciskając pocałunek na skroni Louisa. Naprawdę stara się wierzyć w to, co mówi chłopak. Po prostu to jego przeszłość i ciągła potrzeba robienia czegoś, by być wystarczającym. To czasem zbyt wiele.

Siedzą w ogromnej wannie, przed kupnej której Louis nie potrafił się powstrzymać. Woda jest przyjemna, pachnie jednym z tych waniliowych płynów, jakie Harry wybrał zaraz po wyjściu z ośrodka. Louis pamięta drobne rzeczy, a Harry to docenia.
- Co Ty na to żebym zaplótł Ci później warkocze? - szepcze Louis, gdy chłopak kładzie się na jego klatce piersiowej, a Louis masuje delikatnie skórę jego głowy.
- Mhm, chciałbyś? - Harry patrzy w górę, a ten szeroko się uśmiecha.
- Oczywiście, że tak, kocham Twoje włosy...
- Kocham Ciebie - mruczy Harry, wodząc dłonią po tatuażach Louisa, który na to wyznanie błyszczy jaśniej, niż niejedna gwiazda na niebie.
Kiedy warkocze Harry'ego są zaplecione, Jamie leży na jego piersi, podczas gdy Rosie głaszcze go po główce. Louis robi im zdjęcia, prosząc o kolejne uśmiechy, głupie miny, czy poważne spojrzenia. Wszystko jest tak jak powinno.

Następnego dnia Louis jest na czas w pracy. Wita się ze wszystkimi, poprawiając łańcuszek na szyi, który dostał od Harry'ego na urodziny. To połówka serca i nawet jeśli ktoś zarzuci mu, że jest sentymentalny, to nie będzie się bronił. Do gabinetu wchodzi Liam, a wszyscy mu się kłaniają.
- Cześć, stary, nie miałem wczoraj jak Cię przywitać, ale dobrze, że jesteś - mówi do Louisa, a ten się śmieje.
- Tęskniłeś, co?
- Zawsze - żartuje - Ale mówiąc całkiem serio, mamy kłopot z nowym pacjentem. Nie chce z nikim rozmawiać, jest nieufny.
- Za co tu siedzi? - pyta nieprofesjonalnie Louis.
- Naćpał się i napadł na organizację katolicką, która szerzyła nienawiść i homofobię - mówi Liam spokojnie - Jest prawie w Twoim wieku. Może uda Ci się do niego dotrzeć-
- Okej, napadł na nich, ale kto go to wsadził? Sąd?
- Rodzina. Mówią, że to nie pierwszy taki incydent oraz że nie wiedzą dlaczego to się dzieje - tłumaczy.
- Co masz na myśli? Chłopak jest pewnie gejem, a Ci kretyni zmuszają go do robienia czegoś wbrew jego przekonaniom - Louis bierze to trochę do siebie.
- Tak, cóż - Liam drapie się po głowie - Właściwie to wspominali, że przez większość czasu jest przykładnym katolikiem, a potem jeden wybuch i...
- Łapię. To wszystko jest w jego karcie, prawda? Jimmy ostatnio spieprzył robotę, nie dostałem żadnych raportów z mojej przerwy.
- Wiesz jaki on jest...
- Ty będziesz za to świecił oczami, Payno, nie ja - śmieje się Louis - dobra, sprawdzę co u tego chłopaka. W jakiej jest sali?
- Na końcu ko...
- W sali Harry'ego? - pyta cicho, a Liam skina głową. To będzie dziwne, kurewsko dziwne, myśli Louis, ale i tak nabiera tempa, by dotrzeć tam jak najszybciej.


Pokój jest całkowitym przeciwieństwem tego, co oczekiwał. Wszędzie jest bałagan, a nawet kolor ścian, który wybrał Harry został zmieniony. Tym razem Louis ma notes i wie jak nazywa się chłopak. Elliot Kane, mówi sobie w myślach, po czym siada na krześle. Jego pacjent nie patrzy nie niego, tylko smętnie przygląda się ścianie, na której, cóż, nic nie widnieje.

- Cześć, jestem Louis Tomlinson i będę Twoim nowym lekarzem - zaczyna, nie oczekując nawet odpowiedzi - Słyszałem, że nie jesteś za bardzo rozmowny, ale to nie problem. Ja będę mówił. - bierze głęboki wdech. - Zostałeś zamknięty w naszym ośrodku, bo Twoja rodzina nie popiera stylu życia jaki chciałbyś prowadzić, gdzieś tam na wolności pewnie czeka na Ciebie Twój chłopak i martwi się dlaczego od niego nie odbierasz. Tym samym, nie ma pojęcia, że tu jesteś oraz nigdy nie poznał Twojej rodziny. Organizacja, jaką zdecydowałeś się napaść ma powiązania z Twoją rodziną. Wszyscy są wierzący, Ty nie. Na dodatek jesteś gejem, nie radzisz sobie z pogodzeniem tych dwóch ról, więc od czasu do czasu bierzesz narkotyki, pozwalając sobie na zapomnienie. Zgadza się? Och... czekaj! Twój chłopak o tym nie wie, więc masz dodatkową tajemnicę, która zabija Cię od środka.

Louis zamyka usta, a przez kolejne kilkadziesiąt sekund chłopak siedzący na łóżku nie porusza się.
- Skąd to wszystko wiesz? - mówi cicho, nie obdarzając go spojrzeniem.
- Jestem tu najlepszy, kochanie - śmieje się. - Louis Tomlinson - podaje mu rękę.
- Elliot Kane - odwzajemnia uścisk.
- To zawsze jakiś początek - komentuje, wiedząc jak wiele pracy go czeka.

Wizyta u Zayna jest o wiele przyjemniejsza. Siedzą na łóżku i nadrabiają zaległości. Mulat krytykuje lekarza który zastępował ostatnio Louisa, a ten z kolei nie może nic poradzić na rosnące w jego piersi szczęście. Docenia to, że naprawdę wszyscy go tu lubią. Posiadanie pracy marzeń i opinii dobrego lekarza to jak spełnienie najskrytszych snów.
- Więc niedługo wychodzisz, co? - śmieje się Louis.
- Tak, podobno, nie chcę robić sobie nadziei, wiesz, jak jest...
- Przestań, czytałem raporty, nawet jeśli Jimmy był do kitu jako osoba, to pomógł Ci przezwyciężyć lęk. To się ceni.
- Po prostu nie był Tobą, wiesz? - przytula go. - Jak Harry? I dzieciaki? - pyta, a potem pokój rozbrzmiewa w głośnych rozmowach.

Trzecią osobą, jaką odwiedza Louis jest Taylor. Nieszczególnie dziwi go widok zapłakanej dziewczyny.
- Hej, Tay, bierzesz leki? - nie chce być uszczypliwy, ale jeśli nie przestanie chować ich pod materacem, źle to się skończy.
- Co? Jakie leki? - zgrywa idiotkę.
- Wiesz, czasem myślę, że chcesz tu zostać na zawsze... - mówi.
- Nie mam do kogo iść, faceci są do kitu, znów mi złamał serce, o tak! - demonstruje, po czym wybucha płaczem. Louis siedzi tam dopiero kilka minut, a już jest zmęczony jej osobą.
- Może po prostu powinnaś przestać szukać? Spójrz... ja i Harry.
- Ty i Harry! Napisałam o Was kolejną piosenkę! - cieszy się, a łzy, które jeszcze przed chwilą spływały po jej policzkach, nie mają już znaczenia.


Kiedy Louis jest wreszcie w domu dochodzi ósma. Nie przywykł do wracania o tak późnej porze, ale masa papierkowej roboty po jego zastępcy sprawiła, że nie miał wyjścia. Harry czeka na niego w kuchni z obiadem i jest to jeden z najpiękniejszych widoków, widoków na jakie czeka cały dzień.
- Cześć, kochanie - całuje go w usta i pozwala, by Harry tulił go jak koala przez następne kilka minut.
- Tęskniłem za Tobą, Rosie złapała katar, a Jamie ciągle łapał kolkę - marudzi, ale Louis mu na to pozwala.
- I poradziłeś sobie świetnie, prawda?
- Tak - mówi dumnie Harry, a na jego usta wpełza uśmiech. - Cieszysz się?
- Oczywiście, że tak, nigdy nie miałem wątpliwości, że będzie inaczej. Przykro mi tylko, że nie mogłem tu być dla Was.
- To w porządku, zarabiasz na naszą trójkę, Lou-
- Harry, nawet nie zaczynaj - mówi obronnie Louis i ściąga koszulę. - Jestem głodny, co jemy?
- Przygotowałem to, o co prosiła Rosie... klopsiki z mięsem...
- Brzmi cudownie, poproszę cały zestaw, panie Styles. - uśmiecha się, a chłopak nakłada im obu jedzenie na talerz.
- Jak było w pracy? Jakieś zmiany? - pyta młodszy.
- Właściwie to tak... - jest szczęśliwy, że Harry zawsze interesuje się wszystkim, co dotyczy jego i jego pracy. Czasem dobrze jest o tym z kimś porozmawiać. -Zayn niedługo wychodzi, pytał o Was.
- Poważnie?! - entuzjastyczny okrzyk wypełnia kuchnię.
- Mhm - potwierdza Louis - Taylor znów napisała o nas piosenkę - śmieją się razem - a no i jest ten nowy pacjent... w Twoim pokoju.
- Nowy pacjent? W moim pokoju? - jest wyraźnie zainteresowany.
- Tak, ale wszystko wygląda tam inaczej - mówi Louis - to już nie to samo miejsce. Chłopak jest gejem, a jego rodzina tego nie toleruje, jego chłopak nie wie, a on w dodatku ćpa na boku. Ciężka sprawa.
- Rozgryzłeś go, prawda? Na wejściu? Zawsze tak dobrze czytasz z ludzi, Lou...
- A wiesz co teraz czytam z Ciebie?
- Tak? - pyta niepewnie, a Louis nie podąża z odpowiedzią. Zamiast tego ściera z kącika jego ust odrobinę sosu, po czym całuje go miękko. Harry zawstydza się, jakby to był pierwszy raz. Zawsze to robi.
- Więc nie muszę być zazdrosny o tego... - siada na jego kolanach okrakiem.
- Elliot. Elliot Kane - mówi Louis i kręci głową. - Głuptasie, mam najcudowniejszą rodzinę pod słońcem. Czy mógłbym chcieć czegoś jeszcze?
Harry się peszy.
- Właściwie to...tak? Wiem, że chciałbyś...
- Harry.
- Lou, ale ja wiem...
- Harry, spójrz na mnie, proszę - wykonuje jego polecenie, a Louis przebiega delikatnie palcami po jego kościach policzkowych - wszystko w swoim czasie, wszystko, gdy będziesz gotowy, ja się nigdzie nie wybieram i pewnego dnia, gdy stwierdzisz, że chcesz się ze mną kochać, po prostu przyjdź i bądź otwarty na ten temat, tak? Nie twórzmy bezsensownych granic, tam gdzie ich nie potrzebujemy.
- Mówiłem Ci już, jak bardzo Cię kocham? - uśmiecha się ze łzami w oczach.
- Ja Ciebie też, ja Ciebie też, maluchu.


Wieczorem, gdy obaj leżą w łóżku, ich kończyny splątane, Louis przypomina sobie o swoim malutkim pomyśle, jaki od pewnego czasu planuje wcielić w życie. Pudełeczko ukryte jest głęboko na dnie szafy, choć nikt go nie szuka. Mężczyzna czeka na odpowiedni moment, choć teraz leżąc wtulonym w Harry'ego stwierdza, że każda chwila jest idealna, bo dzieli ją z kimś, kogo kocha.



:)










Green tea. - Rozdział 11.




Link do masterposta: KLIK

Życie na wolności wydaje się jeszcze dziwniejsze, niż Harry mógł sobie wyobrazić. Może robić te wszystkie rzeczy, których nie robił od lat i naprawdę nie wie, jak sobie z tym poradzić. Czasami płacze w poduszkę, nie chcąc, by Louis martwił się o niego. Ten jednak zawsze wie, kiedy chłopiec ma gorszy dzień i nawet jeśli znajduje go bałaganem, wspina się na łóżko tuż za młodym ciałem i przyciąga go w swoje ramiona, nucąc pod nosem ich ulubioną piosenkę. Ich wspólne poranki, wieczory i wyjścia na zakupy stają się rutyną. Mieszkają teraz z rodziną Louisa, co sprawia, że Harry czuje się piątym kołem u wozu. Nie wyobraża sobie jednak, że miałby wrócić do matki, kobiety, która nagle stała się dla niego obcym człowiekiem. Może jest trochę zrozpaczony tym faktem, ale nie daje tego po sobie poznać.

Leżą właśnie z Louisem zakopani w kołdrę, zegar wskazuje szóstą wieczorem, ich uśmiechy są leniwe, dzielą się drobnymi pocałunkami i muśnięciami w szyję.

- Wiesz? – zaczyna Harry, a żarówki w oczach Louisa zapalają się błyskawicznie. Jest coś w słuchaniu Harry’ego co nigdy mu się nie znudzi. Bez znaczenia, czy mówi tą samą rzecz trzeci raz. – Kiedy byłem w…no, wiesz, w ośrodku, zawsze zastanawiałem się, jak wygląda Twój pokój. Nigdy nie miałem odwagi spytać, sam nie wiem… A teraz, jestem tu z Tobą i…
- Och, kochanie. Ktoś tu ma czuły moment – Louis śmieje się cicho i przyciąga Harry’ego bliżej siebie. – To już ponad trzy miesiące. Jestem z Ciebie taki dumny.
- Ja nie jestem – odpowiada cierpko.
- Haz…
- Przepraszam – wzdycha – czuję się bezużyteczny, nie wiem, co mam ze sobą zrobić, Lou – jęczy, chowając twarz w zagłębieniu szyi swojego chłopaka. Nie chce znów się rozpłakać. To byłby piąty raz w ciągu trzech dni. Za dużo.
- Hej! Posłuchaj… - Louis siada i wskazuje Harry’emu by zrobił to samo. – Przeszedłeś przez piekło, byłeś przez lata w zamknięty ośrodku. Niesłusznie. – akcentuje mocniej ostatnie słowo – To oczywiste, że proces adaptacji do nowego otoczenia potrwa. – mówi spokojnie, ważąc słowa. Harry wpatruje się w niego z miłością. – Wiem, że to wszystko dla Ciebie trudne. Dlatego staram się, jak mogę żebyś…
- Kocham Cię…
- Co?
- Boże, tak bardzo Cię kocham, jestem takim szczęściarzem – rzuca się na Louisa i atakuje jego usta gorącym pocałunkiem. Ich ciała pasują do siebie idealnie. Starszy nie może doczekać się, by pokazać Harry’emu jak to jest dostawać coś, a nie tylko dawać i być branym. Ale wie, że musi poczekać. Przynajmniej tyle, by Harry czuł się swobodnie na wolności. Wie to.
- Powinienem pójść do pracy… Nie mogę tak po prostu tu mieszkać – mówi chwilę później, a Louis wywraca oczami.
- Oczywiście, że możesz, jesteś moim chłopakiem. I raczej do szkoły, skarbie – poprawia go i sięga pod łóżko, wyciągając kremową teczkę.
- Co to jest?
- Zobacz – siadają wygodnie, a Harry otwiera arkusz. Jest tam kilka kartek, jakaś pieczęć i logo uczelni w Londynie. Harry nie rozumie.
- Idziesz na studia? – pyta zaskoczony. Nie wie, co ma czuć.
- Nie, głuptasie. Ty. Ty idziesz na studia – wskazuje na wytłuszczone zdanie. - Harry Edward Styles – czyta, a młodszy stara się poskładać wszystko w całość.
- O czym Ty mówisz? Ja… ja nie składałem, nawet mnie nie stać żeby… - Louis całuje go miękko.
- Chcę żebyś był szczęśliwy, pozwól mi… pozwól mi sprawić, że tak będzie. Nie wybrałem kierunku, bo wiem, że myślałeś nad kilkoma, a teraz możesz podejmować decyzje sam. Czekają na mejla od Ciebie do środy.
- Louis… - Harry ma łzy w oczach.
- kocham Cię, po prostu. – odpowiada skromnie starszy i pozwala się całować przez kolejną godzinę.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Jest około dziewiątej, gdy po pokoju rozchodzi się pukanie.
- Louis? Harry? Mama woła Was na kolację – głos Lottie jest stłumiony przez grube drzwi.
- Dzięki Lots! – odpowiada Louis, po czym całuje miękko szyję swojego chłopca. Prawdopodobnie nigdy nie wyszliby z łóżka gdyby nie kolacja.
- Idziemy?
- Haz, to jeszcze nie wszystko. To nasza ostatnia wspólna kolacja…
- Słucham? – chłopak marszczy brwi, czuje jak narasta w nim panika.
Louis grzebie chwile w kieszeni bluzy, która wisi niedbale na oparciu krzesła. Do uszu Harry’ego dociera brzęk kluczy.
- Louis, nie rozumiem, o co chodzi? Wyjeżdżasz? – już prawie płacze. Louis kręci głową i prosi, by się uspokoił.
- To nasz nowy dom, Harry, nowy dom. – szepcze, a w głowie Harry’ego wszystko składa się w całość.
- Kupiłeś nam dom? – samotna łza opuszcza kącik jego oka.
- Właściwie to mieszkanie, na razie- nie udaje mu się dokończyć, bo jego ciało oplata drugie, te należące do chłopca. Do chłopca, z którym zamierza mieć wspólną przyszłość. W ich nowym domu. Już wkrótce.

Louis wchodzi na oddział nieco spóźniony. Liam stoi w gabinecie i przegląda jakieś raporty. Wydaje się być zaniepokojony, ale Tomlinson woli nie pytać. Przebiera się szybko i biegnie na obchód. Do swoich starych i nowych pacjentów. Cóż, na pewno nie do Harry’ego, który śpi teraz smacznie w jego łóżku, myśli i uśmiecha się pod nosem zanim wchodzi do pokoju Taylor.
- Dlaczego wciąż rozmawiamy o mnie, Louis? – jęczy dziewczyna, gdy po kilkunastu minutach sesji Louis jej nie kończy. Wziął sobie za cel pomoc tym ludziom i naprawdę chce to zrobić, ale nie może, kiedy ona zachowuje się w ten sposób.
- Co chcesz wiedzieć? – wzdycha zrezygnowany.
- Co u Harry’ego? – pyta od razu, a lekarz nie może powstrzymać się od przewrócenia oczami.
- Ma się dobrze, idzie niedługo na studia, zaczyna coś nowego, coś co mam nadzieje zaowocuje lepiej, niż jego poprzednie życie. – Taylor się uśmiecha i milczy przez chwilę.
- Napisałam o Was kolejną piosenkę!


Pokój Zayna jest ciemny. Okna zasłonięte są grubym, ciężkim materiałem, a Louis z ledwością dostrzega strumień światła, który przebija się w jednym miejscu, tworząc namiastkę szczęścia, której każdy pacjent szuka. Chłopak leży na łóżku, obrócony tyłem do drzwi, co jest zaskakującą nowością…
- Nie śpię, możesz usiąść – szepcze, a Louis robi dokładnie to, co powiedział.
- Wszystko w porządku? Skąd te zasłony? – pyta delikatnie, czekając aż Zayn się odwróci, ale to nie następuje.
- Było tu zbyt jasno, więc je założyli.
- Zayn, masz doła? Pytam jako przyjaciel, nie lekarz. – odkłada na bok notes i długopis. Zayn wzdryga się na szelest, ale powoli odwraca się przodem.
- I nie będziesz próbował tych swoich mądrych sztuczek? – pyta cicho, a Louis zgadza się skinieniem głowy.
- Więc co się dzieje? Nie malowałeś od tygodni, teraz to…
- Chcę stąd wyjść, chcę zabrać Liama na randkę, chcę żeby… - zasłania twarz rękoma.
- Czekaj, co? – Louis segreguje myśli. – Liama?
- Powiedział, że się zgodzi, ale dopiero…
- Dopiero kiedy stąd wyjdziesz – kończy Louis i uśmiecha się smutno. – Więc wyznaliście sobie uczucia? A co z jego…
- Z Sophią? – Louis jest zaskoczony, jak wiele się zmieniło. Wziął kilka tygodni wolnego, by być z Harrym, ale to nie jest to, czego oczekiwał. – Nie są już razem, ona wyjechała do LA…
- Punkt dla Ciebie, wciąż jesteś w mieście – żartuje Louis, a Zayn uderza go w ramię.
- Jesteś podły!
- Chciałeś przyjaciela, nie lekarza – pokazuje mu język.
- Więc co poradziłby mi lekarz? – pyta poważnie. I to chyba pierwszy raz, gdy to Zayn chce pomocy Louisa.
- Powiedziałby prawdopodobnie, że musisz zacząć brać swoje leki, a nie chować je w doniczce drzewka bonsai…i
- Co? S-skąd? – Zayn jest zaskoczony.
- Skąd wiem? Zayn… - uśmiecha się szyderczo.
- Nigdy tego nie zgłosiłeś! Dlaczego?
- Chciałem żebyś był gotowy, teraz chyba jesteś, prawda?
Zayn przytakuje niepewnie.
- Oprócz leków ważne są rozmowy. Jeśli chcesz innego lekarza nie ma problemu. – proponuje, jednak na twarzy Zayna pojawia się grymas. – Może chociaż spróbujesz? To Twoja decyzja. Ja mogę tu być, wiesz to.
- To już wszystko? – pyta chłopak, zaciskając palce na prześcieradle.
- Myślę, że najważniejsze przed Tobą, musisz uwierzyć w siebie i dać sobie szansę na wyjście z tego okropnego miejsca.
- Hej! Pracujesz tu!
- Wiem. – śmieje się – ale od drugiej strony to działa całkiem inaczej, uwierz. Mówię bardziej z perspektywy Harry’ego.
- Co u niego?
- Świetnie, przeprowadzamy się dzisiaj. – odpowiada z uśmiechem i rosnącymi na policzkach rumieńcami.

*

- To czternaste pudło, a moje ręce odmawiają posłuszeństwa – jęczy Louis, gdy siada na jednym ze schodków. Harry dołącza do niego i śmieje się pod nosem.
- Dlaczego jesteś dziś taki marudny? – pyta, a Louis udaje, że się obraził. – Ciężki dzień w pracy?
- Pamiętasz Jake’a? Jest okropnie pewny siebie, najgorszy typ pacjenta – wzdycha i otwiera puszkę z napojem. – Chcesz trochę? – podaje Harry’emu.
- Może powinieneś mu pozwolić? Być takim jakim chce… - mówi cicho, czując, że nie powinien jednak oceniać Louisa.
- Może masz rację, jutro tego spróbuję – całuje go miękko w policzek – powiedz mi raz jeszcze, dlaczego odmówiłeś firmie od przeprowadzek?
Harry się śmieje.
- W takim razie dlaczego nie wynajęliśmy stada mojego rodzeństwa do pomocy? – jęczy dalej, a Harry bierze w dłonie jego ręce i delikatnie je rozmasowuje. Na twarzy Louisa od razu pojawia się ulga.
- Rozluźnij się, jesteś spięty… nie możemy wprowadzać takiej atmosfery do naszego nowego domu – żartuje, a Louis czuje, że po części ma rację.
- Ile pudeł zostało?
- Około dziesięciu – szepcze lokaty, a w jego ustach brzmi to jak przyjemność.



Wieczorem prawie wszystko jest na swoim miejscu. Louis siłuje się jeszcze z biurkiem i komodą, które zamówił do jednego z pokoi, gdy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi.
- Harry, otworzysz?
- Tatuś! – Louis słyszy piskliwy głos trzyletniej Rosie i już wie, że Harry tuli ją do swojej piersi. Postanawia zostawić meble i dołączyć do swojej nowej-nietypowej rodzinki. Debbie siedzi przy stole w kuchni i masuje brzuch.
- Cześć, moi drodzy – wita się z gośćmi, po czym stawia wodę na herbatę. Rose nadal siedzi na rękach Harry’ego, który błyszczy jak najszczerszy diament. Louis uwielbia ten widok. Postanawia im nie przerywać i zaczyna rozmowę z kobietą.
- Przepraszam, że wpadłyśmy tak późno, ale mała nie dawała mi już spokoju – wzdycha, wyraźnie zmęczona.
- To w porządku, jesteście tu zawsze mile widziane, obie, a nawet cała trójka – wskazuje na brzuch z uśmiechem.
- Tak, cóż, dziękuję, czuję, że to będzie chłopiec, wiesz? To już naprawdę niedługo… - mówi sennie, a Louis wpada na pomysł.
- Harry, co Ty na to, by Rosie została u nas na kilka dni? Debbie odpocznie trochę…
- Debbie? – pyta Harry, nawet nie musi mówić, jak bardzo podoba mu się ten pomysł.
- Naprawdę? Chcielibyście? Nie mam dla niej rzeczy…
- Może kiedy Cię odwiozę, po prostu dasz mi parę ubrań i ulubione zabawki tego aniołka – mówi Louis, a Debbie zgadza się bez słowa.



Wciąż pozostaje kilka miesięcy do rozpoczęcia studiów przez Harry’ego. Mimo tego, Louis zawsze wydaje się być zainteresowany tematem i z każdych zakupów wracają z nowym notesem, książką, czy teczką na dokumenty. Jednego dnia Louis zamawia Harry’emu laptopa z najnowszym oprogramowaniem, bo takie są teraz najmodniejsze i chłopiec nie wie, jak ma podziękować. Louis widzi zawahanie w jego oczach, jednak chwilę później ustępuje ono miłości. I to jest to, co starszy kocha – sprawiać, by Harry był szczęśliwy i czuł się bezpiecznie.
- Zjemy chińszczyznę? – proponuje, siadając na kanapie obok swojego chłopaka. Harry próbuje ustawić coś w telefonie, gdy przerywa mu przychodzące połączenie. Nieznany numer. Wciąż jest nieufny, więc podaje Louisowi aparat, a ten bez chwili zwątpienia przesuwa zieloną słuchawkę.
- Czy rozmawiam z panem Harrym Stylesem?
- Przy telefonie – kłamie Louis.
- Panie Styles, mam do przekazania bardzo przykrą wiadomość. Pańska… To znaczy Debbie…
- Co z nią? – Louis podnosi się i krzyczy do telefonu.
- Przykro mi, zmarła podczas porodu. Krwotok wewnętrzny… więcej może przedstawić panu lekarz, jeśli zdecyduje się pan przyjechać…
- Co z dzieckiem? – blednie na myśl, jaka przebiega mu przez głowę. Harry próbuje zrozumieć, co się dzieje, ale panika go paraliżuje. Nie jest w stanie nawet nic powiedzieć.
- Proszę przyjechać, podam panu adres…



Szpital jest wypełniony ludźmi. Louis trzyma Harry’ego mocno, gdy przeciskają się przez tłum. Trochę czasu trwało wyjaśnienie chłopcu, co się stało i dlaczego. Nie jest dobrze, ale nie mogą pozwolić sobie na rozsypkę, nie teraz, kiedy los Rosie i możliwie narodzonego dziecka stoi pod znakiem zapytania.

Kobieta, która ich przyjmuje jest lekarką, która odbierała poród. Po raz kolejny składa kondolencje i tłumaczy, że zrobili wszystko, co w ich mocy. Niestety doszło do komplikacji i można było uratować tylko jedno z nich.

- Pańska… - mówi do Harry’ego, ale jest zmieszana, widząc, jak Louis ściska jego rękę, więc kaszle krótko i kontynuuje – Debbie przed porodem podpisała pewien dokument. Matki decydują się na to, gdy ciąża jest zagrożona, gdy pochodzi z gwałtu lub gdy wiedzą, że w rodzinie dochodziło do podobnych komplikacji…
- Ale mówiła, że wszystko jest w porządku, że czuje się dobrze – buntuje się Harry, a pani doktor zaciska usta w prostą linię.
- Nie chciała pana martwić, ale… była tylko na dwóch wizytach i to w pierwszym trymestrze, później niestety zaprzestała odwiedzać swojego lekarza ginekologa. – tłumaczy kobieta, a obaj, Louis i Harry są zaskoczeni.
- Po państwa reakcji widzę, że to coś, o czym nie wiedzieliście. To cud, że urodził się zdrowy.
- To…to chłopiec? – pyta ze łzami w oczach Harry.
- Tak, panie Styles. Ma pan syna. – mówi ciepło, a Harry płacze w ramionach Louisa. Obaj wiedzą, że nie jest jego ojcem, ale fakt, że Debbie ufała im na tyle mocno, by wpisać go w dokumencie jako drugiego rodzica świadczy o wielkich nadziejach, jakie w nich pokładała. Nie mogą jej teraz zawieść. Nie, gdy oddała życie za swoje dziecko…
Gdy Harry się nie uspokaja, pani doktor wychodzi, by dać im chwilę prywatności.
- Rose jest w pokoju dziecięcym na końcu korytarza – mówi spokojnie Louis – wiem, że jest ci ciężko, ale musisz… musisz wziąć się w garść Harry, masz dla kogo żyć. Ona potrzebuje Cię najbardziej na świecie właśnie teraz. Ten mały chłopiec też.
- Więc… nie jesteś zły? – ociera twarz.
- Zły? Skarbie, o co mam być zły?
- Dwójka dzieci? Serio, Louis? – śmieje się z ironią.
- Los ufa nam wystarczająco, by powierzyć w nasze ręce te dzieci. Boże, kochanie, posłuchaj. Wymyślimy coś, bo jesteśmy w tym razem, okej? – trzyma w dłoniach twarz Harry’ego. – Wiem, że to szybkie, zawsze myślałem, że będziemy mieć dzieci za jakieś kilka lat, ale cholera… przecież…

Do pokoju wchodzi pielęgniarka z dzieckiem. Jest zawinięte w rożek szpitalny, ma przymknięte oczka i jasnoniebieską czapeczkę.

- Nie mogę go oddać, Louis, tylko spójrz… nie mogę. – gryzie swoją wargę i trzęsie się. Chwilę potem obserwuje, jak Louis bierze zawiniątko na ręce, a jego serce wybucha z miłości.

Po każdej burzy wychodzi słońce - one shot




 Od autorki: Krótki one shot napisany parę lat temu dla kogoś...a może o kimś... (Tak jak mówiłam - uzupełniam spis swoich prac). 

~*~

- Niesamowite – pomyślałam zaciskając pięści na parapecie okna. – Przerażająco niesamowite... – mruknęłam cicho, pozwalając na chwile odpłynąć myślom.
- Co takiego, kochanie? – poczułam, jak jej delikatne ciało oplata mnie w pasie, a rozpalony policzek przylega do mojej szyi. – Mam nadzieję, że się nie boisz...  – szepnęła powodując motyle w moim brzuchu.

Pf, ja? Pomyślałam.

Jeden błysk, drugi, grzmot.

- Drżysz… - jej głos podrażnił moje bębenki, a dłonie delikatnie potarły nagie ramiona. – Drżysz, Mała.
- Ja... – próbowałam tłumaczyć, ściskając kurczowo dłonie, co było efektem strachu. Żadne logiczne wytłumaczenie nie przychodziło mi do głowy.
– Shhh… to nic. Lubię Cię taką. – zamknęła mi usta, łącząc delikatnie nasze wargi. 

Nie można tego nazwać pocałunkiem, ale było to jedno z najbardziej intymnych wydarzeń w naszym dotychczasowym wspólnym życiu.

-Taką? Mów dalej… - mruknęłam, zamykając oczy. Pojedyncze błyski rozświetlały moją twarz, grzmoty wprawiały mnie w zakłopotanie, a jej dotyk był jak marzenie. W żaden sposób potrafiłam poradzić sobie ze strachem, który paraliżował moje ciało.
- Ufasz mi? – spytała nagle ściskając moją dłoń, jakby to była najważniejsza odpowiedź pod słońcem. Otarłam twarz, zdając sobie sprawę, że moje policzki są ogromnie gorące. Z pewnością wyglądałam, jak wtedy… w dniu gdy Ją poznałam.

Był ciepły, ale deszczowy poranek. Siedziałam w pociągu, wertując kolejne strony czasopisma Glamour. Zwykle nie czytałam takich pisemek, ale zwycięstwo Zuzy w Top Model wiązało się nieodwołalnie z zakupem tej gazety. Właśnie lustrowałam jedną z jej wypowiedzi, gdy do moich uszu dotarł słodki, ociekający niesamowitą subtelnością głos. Niechętnie podniosłam wzrok, a moje oczy ujrzały wysoką szatynkę o wyjątkowo zielonych oczach. Na moment odjęło mi mowę i na moje nieszczęście dziewczyna musiała drugi raz powtórzyć pytanie. Kilka minut później siedziała obok. W przedziale było sporo osób, matka z dzieckiem, jakiś adwokat i może para nastolatków, miziających się bez ustanku. Momentami miałam ochotę zwrócić im uwagę, ale przypomniałam sobie poprzednie wakacje, moje wybryki i ta myśl prędko opuściła moją głowę. Chciałam też nawiązać jakiś kontakt z nową pasażerką, ale niezręcznie się czułam w towarzystwie tylu obcych ludzi. Myślę, że Ona także nie wiedziała od czego zacząć.

Po kilku przystankach zostałyśmy zupełnie same w przedziale.
Dziś mieszkamy razem. 

~

- Kochanie, ufasz? – powtórzyła pytanie, a ja zastygłam, nie wiedząc, dlaczego w ogóle pojawiło się ono na jej ustach.
- Oczywiście, jak możesz wątpić? – syknęłam, otwierając oczy. Spojrzałam przez okno. Wcale nie robiło się jaśniej, wręcz przeciwnie. Przerażał mnie widok błyskawic na tle granatowego nieba.
- Daj mi rękę i chodź.
- Co?
- Daj mi rękę i chodź. – szepnęła do ucha, a ja nie pytając w jakim celu ruszyłam za nią.

Po dziesięciu minutach byłam gotowa. Ubrana w różową pelerynę przeciwdeszczową i kalosze.
- Ty chyba nie mówisz poważnie? – jęknęłam, a w moich oczach pojawiły się łzy.
- Po prostu mi zaufaj. I nie płacz. – odparła, ocierając mokre policzki, a na jej ustach zatryumfował uśmiech.
- Boję się tam iść, ja tam nie pójdę – panikowałam w chwili, gdy wręczała mi czarną parasolkę.
- Po prostu się zamknij i chodź. – chwyciłam jej dłoń z obawy przed tym, że może mnie zostawić, tam gdzie nie miałam ochoty w ogóle iść.
- Wróćmy, proszę. Obejrzymy film pod ciepłą kołderką, zrobię Ci kakao, zrobię co chcesz, tylko chodźmy do domu, będę sprzątać miesiąc, ale chodźmy.. – marudziłam, stale idąc do przodu.

Stanęłyśmy na łące.

- Wariatko, tu jest niebezpiecznie! – krzyknęłam do niej i zamknęłam oczy. – Co Ty wyprawiasz? 
- Tam gdzie jesteś Ty tam ja czuję się bezpiecznie, Skarbie. – oświadczyła, a ja zamarłam. To było jedno z cudowniejszych wyznań, jakie od niej usłyszałam. – W dodatku nie straszna mi ta burza, jestem tu z Tobą. – zdjęła moje dłonie z twarzy, którymi asekurowałam się przed atakiem błyskawicy. – Rozumiesz? Jesteśmy tu razem.

Zdałam sobie sprawę, że ma rację. Wszelkie przeszkody są do pokonania, gdy ma się osobę, która nas kocha. Ogłuchłam na cały świat, nie czułam zimna, strachu, nie widziałam błysków, nie słyszałam grzmotów. Jedyny dźwięk, który docierał do mnie to jej słowa, słowa, które chłonęłam z niecierpliwością.

Nagle podeszła bliżej, rzucając parasolkę na ziemię chwyciła moje ręce. 
- Jesteś dla mnie najważniejsza, nigdy w to nie wątp. – odparła, patrząc mi w oczy. Moje serce przyspieszyło. Duże krople spadały na nasze włosy, peleryny. Ale to nic. Poczułam jak jedna z jej dłoni zsuwa mi kaptur.

Nie zdążyłam zapytać, a jej słodkie usta naparły na moje spierzchnięte wargi i odnalazły swoje właściwie miejsce. To był nasz pierwszy pocałunek w ekstremalnych okolicznościach. Pierwszy pocałunek w deszczu. Wymarzony. 

Chwilę później walnął grzmot, a moje usta z trudem oddzieliły się od jej.
- Marzyłam o tym, odkąd Cię ujrzałam. – szepnęła, łącząc nasze czoła.

Pamiętaj, po każdej burzy wychodzi słońce.
Moim Słońcem jesteś Ty.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka