Pokazywanie postów oznaczonych etykietą larry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą larry. Pokaż wszystkie posty

Green tea - Rodział 12.




Link do masterposta: KLIK

Jest środek nocy, gdy Harry zwleka się z łóżka i drepcze po zimnej podłodze. Nie wybrali jeszcze z Louisem wszystkich dywanów, wciąż mają czas, by to zrobić lub dosłownie - nie mają go. Harry obiecuje sobie w duchu, by zamówić je przez Internet z darmową przesyłką, o której wiele słyszał od Lottie. Wchodzi do błękitnego pokoiku, który oklejony świecącymi gwiazdkami, oddaje przyjemną atmosferę wnętrza. W kącie świeci się mała lampka z dinozaurem, a Harry uśmiecha się na ten widok, bo pamięta dokładnie dzień, w którym kupili ją z Louisem. Staje nad łóżeczkiem i zaciska dłonie na jednej z barierek. To, jak ulotna chwila, którą chciałbyś zatrzymać jak najdłużej.

- Wiedziałem, że Cię tu znajdę... - słyszy przyjemny pomruk, a chwilę później ciepłe ciało otula go od tyłu. Już nawet nie wzdryga się na ten dotyk. Przynajmniej wie, że idą w dobrą stronę.
- Musiałem sprawdzić, co u niego... - próbuje tłumaczyć, ale Louis zacieśnia uścisk i to wszystko, co się teraz liczy.
- Jest taki spokojny...
- To prawda, jest.
- I nie mogę uwierzyć, że to już 3 miesiące odkąd... - smuci się Harry, a Louis odwraca go przodem do siebie. 
- Posłuchaj, Debbie chorowała, a my nie mogliśmy nic na to poradzić. To cud, że Jamie żyje. Pamiętasz co mówił lekarz?
Harry skina głową, ocierając łzę.
- Po prostu... nie sądziłem, że będzie mi jej tak brakować. I Rosie... wciąż zadaje pytania, gdy wychodzisz do pracy...
- Pewnego dnia zrozumie, obiecuję. I pewnego dnia to wszystko będzie tego warte.
- Tak? - pyta wahającym tonem.
- Tak, usiądziemy wszyscy razem na werandzie, Jamie na Twoich kolanach, a Rose obok mnie na huśtawce, będziemy oglądać zachód słońca i wspominać dobre chwile. Wtedy opowiesz im o ich matce, o tym, jak wiele zrobiła, by dać im najlepsze życie, opowiesz im, dlaczego tak się stało, a oni trochę zrozumieją, trochę nie. Powtórzymy to wszystko rok później i dwa lata, i nawet wtedy, gdy Rose będzie szła na studia... Będziemy pamiętać o Debbie, bo to ona dała nam tę rodzinę i zawsze będzie jej symbolem. - Louis kończy ciepło, a Harry nie powstrzymuje już łez. Nie mówi nic, tylko całuje miękko swojego chłopaka. Ten z kolei wie, że to wystarczająca odpowiedź na jego propozycję. Pozwala sobie wziąć Harry'ego na ręce i zanieść do ich sypialni, gdzie przez resztę nocy śpią splątani ze sobą niczym kotwica i sznur. Nierozerwalnie.

Ranek jest bardziej szalony. Louis zasypia do pracy przez co śniadanie, które przygotował mu Harry staje pod znakiem zapytania. 
- Kochanie, przepraszam, możesz to dla mnie zapakować? Nie zdążę na moją zmianę! - jęczy, widząc niezadowolone spojrzenie chłopaka.
- Tak, to moja wina, że zaspałeś, źle nastawi... - nie udaje mu się dokończyć, bo Louis zamyka jego usta pocałunkiem.
- Ani słowa, mamy poniedziałek, a to jest wystarczające wytłumaczenie.
Harry śmieje się, ale nie dlatego, że tak trzeba, a dlatego że naprawdę kocha tego idiotę.

Kiedy żegna się z Louisem i postanawia przyrządzić sobie zieloną herbatę, słyszy płacz z pokoju Rosie. Zastaje córkę siedzącą na skraju łóżka i wycierającą mokre policzki. Jej włosy są w nieładzie po spaniu i to jedna z tych rzeczy, która może nie biologicznie, ale łączy ją z Louisem.
- Co się dzieje, Skarbie? - pyta i jest cierpliwy. - Miałaś zły sen?
Rosie kiwa głową, na co Harry przyciąga ją do uścisku.
- Obiecuję, że będę tu zawsze dla Ciebie, dobrze Rose?
- Tatusiu, gdzie jest mamusia?


Śniadanie przebiega już w nieco lepszej atmosferze. Harry ma Jamiego zawiniętego w specjalną chustę na piersi i pokazuje Rose, jak powinna trzymać poprawnie widelec. Wtedy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi, a na twarzy chłopaka pojawia się zdziwienie.
- Czy my na kogoś czekamy, kochane robaczki? - mówi do swoich dzieci, chociaż i tak nie otrzymuje odpowiedzi.
Kieruje się w stronę drzwi, lecz kiedy je otwiera nie zastaje nikogo oprócz ogromnego pudełka z małym liścikiem oznaczonym jego imieniem. Podnosi je z trudem i stawia w korytarzu, by później przesunąć nogą do samej kuchni. Kocha w tym mieszkaniu to, że jest rodzinne, idealne dla ich czwórki, tak jakby Louis zaplanował już wcześniej, że będą rodzicami dwójki dzieci.

W opakowaniu znajduje 99 róż, każda w innym kolorze. Uśmiecha się i nawet jeśli urania łzę to nikt nie musi o tym wiedzieć. Kocha Louisa i ma zamiar przygotować na obiad jego ulubione danie. Czasem czuje, że to jedyne, co może zrobić, by sprawić, że Louis jest szczęśliwy.

Reszta dnia jest wyjątkowo nudna. Harry prasuje, robi porządki, piecze kurczaka w sosie śmietanowo-ziołowym, po czym karmi dzieci, przewija, pierze. Nic z tych rzeczy jednak mu nie przeszkadza, pamięta o rozpoczynających się niedługo studiach, jednak nie może podjąć decyzji. Tak naprawdę nie wie, co powinien zrobić. Ma teraz dwójkę dzieci, za które jest odpowiedzialny przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wie, czy to nie będzie zbyt wiele do pogodzenia. Wciąż myśli. Kiedy dzieci ucinają sobie popołudniową drzemkę, on również kładzie się w salonie z interaktywną nianią na piersi i próbuje złapać trochę snu. Budzi go całus Louisa.

- Jesteś już w domu? - szepcze zaspany i podnosi się do pozycji siedzącej.
- Od jakieś godziny, kochanie, spałeś tak smacznie, że nie miałem serca Cię budzić - wyjaśnia.
- Ale! Ale musisz być głodny -
- Harry.
- Przygotowałem obiad, zaraz go-
- Wiem, widziałem i naprawdę nic się nie stanie jeśli obiad chwilę poczeka - obiecuje, a Harry się rozluźnia odrobinę. - Nic nie jesteś mi winien, pamiętasz? - mówi poważnie, na co młodszy spuszcza wzrok.
- Wiem, po prostu chciałem być dobry...
- Harry, Skarbie, jesteś więcej niż dobry! Jesteś wspaniałym chłopakiem i ojcem, jesteś wszystkim, czego nasza trójka potrzebuje, jesteś wszystkim czego ja potrzebuję, uwierz w to, proszę-
- Zjemy ten obiad razem? Naprawdę się starałem...
- Wiem i kocham Cię, przebrałem Jamiego, a Rosie wyszła z Lottie jakieś piętnaście minut temu. Co powiesz na obiad, a potem wspólną kąpiel?
- Brzmi jak plan - uśmiecha się Harry wyciskając pocałunek na skroni Louisa. Naprawdę stara się wierzyć w to, co mówi chłopak. Po prostu to jego przeszłość i ciągła potrzeba robienia czegoś, by być wystarczającym. To czasem zbyt wiele.

Siedzą w ogromnej wannie, przed kupnej której Louis nie potrafił się powstrzymać. Woda jest przyjemna, pachnie jednym z tych waniliowych płynów, jakie Harry wybrał zaraz po wyjściu z ośrodka. Louis pamięta drobne rzeczy, a Harry to docenia.
- Co Ty na to żebym zaplótł Ci później warkocze? - szepcze Louis, gdy chłopak kładzie się na jego klatce piersiowej, a Louis masuje delikatnie skórę jego głowy.
- Mhm, chciałbyś? - Harry patrzy w górę, a ten szeroko się uśmiecha.
- Oczywiście, że tak, kocham Twoje włosy...
- Kocham Ciebie - mruczy Harry, wodząc dłonią po tatuażach Louisa, który na to wyznanie błyszczy jaśniej, niż niejedna gwiazda na niebie.
Kiedy warkocze Harry'ego są zaplecione, Jamie leży na jego piersi, podczas gdy Rosie głaszcze go po główce. Louis robi im zdjęcia, prosząc o kolejne uśmiechy, głupie miny, czy poważne spojrzenia. Wszystko jest tak jak powinno.

Następnego dnia Louis jest na czas w pracy. Wita się ze wszystkimi, poprawiając łańcuszek na szyi, który dostał od Harry'ego na urodziny. To połówka serca i nawet jeśli ktoś zarzuci mu, że jest sentymentalny, to nie będzie się bronił. Do gabinetu wchodzi Liam, a wszyscy mu się kłaniają.
- Cześć, stary, nie miałem wczoraj jak Cię przywitać, ale dobrze, że jesteś - mówi do Louisa, a ten się śmieje.
- Tęskniłeś, co?
- Zawsze - żartuje - Ale mówiąc całkiem serio, mamy kłopot z nowym pacjentem. Nie chce z nikim rozmawiać, jest nieufny.
- Za co tu siedzi? - pyta nieprofesjonalnie Louis.
- Naćpał się i napadł na organizację katolicką, która szerzyła nienawiść i homofobię - mówi Liam spokojnie - Jest prawie w Twoim wieku. Może uda Ci się do niego dotrzeć-
- Okej, napadł na nich, ale kto go to wsadził? Sąd?
- Rodzina. Mówią, że to nie pierwszy taki incydent oraz że nie wiedzą dlaczego to się dzieje - tłumaczy.
- Co masz na myśli? Chłopak jest pewnie gejem, a Ci kretyni zmuszają go do robienia czegoś wbrew jego przekonaniom - Louis bierze to trochę do siebie.
- Tak, cóż - Liam drapie się po głowie - Właściwie to wspominali, że przez większość czasu jest przykładnym katolikiem, a potem jeden wybuch i...
- Łapię. To wszystko jest w jego karcie, prawda? Jimmy ostatnio spieprzył robotę, nie dostałem żadnych raportów z mojej przerwy.
- Wiesz jaki on jest...
- Ty będziesz za to świecił oczami, Payno, nie ja - śmieje się Louis - dobra, sprawdzę co u tego chłopaka. W jakiej jest sali?
- Na końcu ko...
- W sali Harry'ego? - pyta cicho, a Liam skina głową. To będzie dziwne, kurewsko dziwne, myśli Louis, ale i tak nabiera tempa, by dotrzeć tam jak najszybciej.


Pokój jest całkowitym przeciwieństwem tego, co oczekiwał. Wszędzie jest bałagan, a nawet kolor ścian, który wybrał Harry został zmieniony. Tym razem Louis ma notes i wie jak nazywa się chłopak. Elliot Kane, mówi sobie w myślach, po czym siada na krześle. Jego pacjent nie patrzy nie niego, tylko smętnie przygląda się ścianie, na której, cóż, nic nie widnieje.

- Cześć, jestem Louis Tomlinson i będę Twoim nowym lekarzem - zaczyna, nie oczekując nawet odpowiedzi - Słyszałem, że nie jesteś za bardzo rozmowny, ale to nie problem. Ja będę mówił. - bierze głęboki wdech. - Zostałeś zamknięty w naszym ośrodku, bo Twoja rodzina nie popiera stylu życia jaki chciałbyś prowadzić, gdzieś tam na wolności pewnie czeka na Ciebie Twój chłopak i martwi się dlaczego od niego nie odbierasz. Tym samym, nie ma pojęcia, że tu jesteś oraz nigdy nie poznał Twojej rodziny. Organizacja, jaką zdecydowałeś się napaść ma powiązania z Twoją rodziną. Wszyscy są wierzący, Ty nie. Na dodatek jesteś gejem, nie radzisz sobie z pogodzeniem tych dwóch ról, więc od czasu do czasu bierzesz narkotyki, pozwalając sobie na zapomnienie. Zgadza się? Och... czekaj! Twój chłopak o tym nie wie, więc masz dodatkową tajemnicę, która zabija Cię od środka.

Louis zamyka usta, a przez kolejne kilkadziesiąt sekund chłopak siedzący na łóżku nie porusza się.
- Skąd to wszystko wiesz? - mówi cicho, nie obdarzając go spojrzeniem.
- Jestem tu najlepszy, kochanie - śmieje się. - Louis Tomlinson - podaje mu rękę.
- Elliot Kane - odwzajemnia uścisk.
- To zawsze jakiś początek - komentuje, wiedząc jak wiele pracy go czeka.

Wizyta u Zayna jest o wiele przyjemniejsza. Siedzą na łóżku i nadrabiają zaległości. Mulat krytykuje lekarza który zastępował ostatnio Louisa, a ten z kolei nie może nic poradzić na rosnące w jego piersi szczęście. Docenia to, że naprawdę wszyscy go tu lubią. Posiadanie pracy marzeń i opinii dobrego lekarza to jak spełnienie najskrytszych snów.
- Więc niedługo wychodzisz, co? - śmieje się Louis.
- Tak, podobno, nie chcę robić sobie nadziei, wiesz, jak jest...
- Przestań, czytałem raporty, nawet jeśli Jimmy był do kitu jako osoba, to pomógł Ci przezwyciężyć lęk. To się ceni.
- Po prostu nie był Tobą, wiesz? - przytula go. - Jak Harry? I dzieciaki? - pyta, a potem pokój rozbrzmiewa w głośnych rozmowach.

Trzecią osobą, jaką odwiedza Louis jest Taylor. Nieszczególnie dziwi go widok zapłakanej dziewczyny.
- Hej, Tay, bierzesz leki? - nie chce być uszczypliwy, ale jeśli nie przestanie chować ich pod materacem, źle to się skończy.
- Co? Jakie leki? - zgrywa idiotkę.
- Wiesz, czasem myślę, że chcesz tu zostać na zawsze... - mówi.
- Nie mam do kogo iść, faceci są do kitu, znów mi złamał serce, o tak! - demonstruje, po czym wybucha płaczem. Louis siedzi tam dopiero kilka minut, a już jest zmęczony jej osobą.
- Może po prostu powinnaś przestać szukać? Spójrz... ja i Harry.
- Ty i Harry! Napisałam o Was kolejną piosenkę! - cieszy się, a łzy, które jeszcze przed chwilą spływały po jej policzkach, nie mają już znaczenia.


Kiedy Louis jest wreszcie w domu dochodzi ósma. Nie przywykł do wracania o tak późnej porze, ale masa papierkowej roboty po jego zastępcy sprawiła, że nie miał wyjścia. Harry czeka na niego w kuchni z obiadem i jest to jeden z najpiękniejszych widoków, widoków na jakie czeka cały dzień.
- Cześć, kochanie - całuje go w usta i pozwala, by Harry tulił go jak koala przez następne kilka minut.
- Tęskniłem za Tobą, Rosie złapała katar, a Jamie ciągle łapał kolkę - marudzi, ale Louis mu na to pozwala.
- I poradziłeś sobie świetnie, prawda?
- Tak - mówi dumnie Harry, a na jego usta wpełza uśmiech. - Cieszysz się?
- Oczywiście, że tak, nigdy nie miałem wątpliwości, że będzie inaczej. Przykro mi tylko, że nie mogłem tu być dla Was.
- To w porządku, zarabiasz na naszą trójkę, Lou-
- Harry, nawet nie zaczynaj - mówi obronnie Louis i ściąga koszulę. - Jestem głodny, co jemy?
- Przygotowałem to, o co prosiła Rosie... klopsiki z mięsem...
- Brzmi cudownie, poproszę cały zestaw, panie Styles. - uśmiecha się, a chłopak nakłada im obu jedzenie na talerz.
- Jak było w pracy? Jakieś zmiany? - pyta młodszy.
- Właściwie to tak... - jest szczęśliwy, że Harry zawsze interesuje się wszystkim, co dotyczy jego i jego pracy. Czasem dobrze jest o tym z kimś porozmawiać. -Zayn niedługo wychodzi, pytał o Was.
- Poważnie?! - entuzjastyczny okrzyk wypełnia kuchnię.
- Mhm - potwierdza Louis - Taylor znów napisała o nas piosenkę - śmieją się razem - a no i jest ten nowy pacjent... w Twoim pokoju.
- Nowy pacjent? W moim pokoju? - jest wyraźnie zainteresowany.
- Tak, ale wszystko wygląda tam inaczej - mówi Louis - to już nie to samo miejsce. Chłopak jest gejem, a jego rodzina tego nie toleruje, jego chłopak nie wie, a on w dodatku ćpa na boku. Ciężka sprawa.
- Rozgryzłeś go, prawda? Na wejściu? Zawsze tak dobrze czytasz z ludzi, Lou...
- A wiesz co teraz czytam z Ciebie?
- Tak? - pyta niepewnie, a Louis nie podąża z odpowiedzią. Zamiast tego ściera z kącika jego ust odrobinę sosu, po czym całuje go miękko. Harry zawstydza się, jakby to był pierwszy raz. Zawsze to robi.
- Więc nie muszę być zazdrosny o tego... - siada na jego kolanach okrakiem.
- Elliot. Elliot Kane - mówi Louis i kręci głową. - Głuptasie, mam najcudowniejszą rodzinę pod słońcem. Czy mógłbym chcieć czegoś jeszcze?
Harry się peszy.
- Właściwie to...tak? Wiem, że chciałbyś...
- Harry.
- Lou, ale ja wiem...
- Harry, spójrz na mnie, proszę - wykonuje jego polecenie, a Louis przebiega delikatnie palcami po jego kościach policzkowych - wszystko w swoim czasie, wszystko, gdy będziesz gotowy, ja się nigdzie nie wybieram i pewnego dnia, gdy stwierdzisz, że chcesz się ze mną kochać, po prostu przyjdź i bądź otwarty na ten temat, tak? Nie twórzmy bezsensownych granic, tam gdzie ich nie potrzebujemy.
- Mówiłem Ci już, jak bardzo Cię kocham? - uśmiecha się ze łzami w oczach.
- Ja Ciebie też, ja Ciebie też, maluchu.


Wieczorem, gdy obaj leżą w łóżku, ich kończyny splątane, Louis przypomina sobie o swoim malutkim pomyśle, jaki od pewnego czasu planuje wcielić w życie. Pudełeczko ukryte jest głęboko na dnie szafy, choć nikt go nie szuka. Mężczyzna czeka na odpowiedni moment, choć teraz leżąc wtulonym w Harry'ego stwierdza, że każda chwila jest idealna, bo dzieli ją z kimś, kogo kocha.



:)










(Nie)mały błąd. - one shot (Niam/Ziam+ trochę larry'ego ofc!)


Pairing: Niam/Ziam + wątki larry'ego.
Od autorki: Jakiś taki wyjątek w mojej "karierze" pisarskiej. Stary, ale lubię go. Jest dobry. Tak czuję. Miłego czytania.

~*~

Kiedy Liam otwiera oczy, potrzebuje naprawdę kilku sekund, by zdać sobie sprawę z tego, że popełnił błąd. Gdy jego źrenice wreszcie przystosowują się do promieni słonecznych, jakie wpadają przez rozsunięte rolety, może zauważyć ciało Mulata, otulone cienkim prześcieradłem. Ostrożnie przypatruje się jego plecom, które pokrywają drobne zadrapania i malinki, o kurwa, myśli, to nie może być prawda, ale gdzieś w głębi duszy wie, że jest i wie, że to najgorsze, co mógł zrobić. Desperacko próbuje odszukać w głowie moment, w którym stracił kontrolę nad sobą, ale nic nie wraca, żadne wspomnienie, oprócz kilku chwil w barze, gdzie śpiący chłopak zaproponował mu jednego drinka, Liam wie, że to był jeden, tylko jeden, jest tego pewien, więc co do cholery tu się stało. Nie jest w stanie dłużej analizować ostatnich wydarzeń, bo powieki Zayna unoszą się do góry, a usta wykrzywiają w śmiałym uśmiechu. Sposób, w jaki ten idiota przygryza język, Liam czuje, że robi mu się słabo.

- cześć ślicznotko – szepcze, próbując pochwycić jego dłoń, ale Payne się odsuwa, uniemożliwiając mu ten ruch.

- dlaczego tu jestem? - pyta nieśmiało, ale w odpowiedzi otrzymuje tylko perlisty śmiech Zayna i przez chwilę, naprawdę drobną chwilę myśli, że to urocze. Karci się mentalnie, bo jego chłopak śpi właśnie w ich sypialni, jakieś dziesięć kilometrów dalej, całkowicie nieświadomy, co wydarzyło się zeszłej nocy.

- mnie o to pytasz? - udaje zdziwienie, po czym siada na łóżku i nie trudząc się, by cokolwiek zakryć, podchodzi do szafy.

- cholera! Zayn! - krzyczy Liam, ale chłopak znów się śmieje, jakby układając w głowie odpowiedź, na jego zawstydzenie.

- W nocy Ci to nie przeszkadzało – podsumowuje, a Payne wie, że jego policzki są już czerwone i gorące.

- W-w nocy? - jąka się w odpowiedzi, ale widząc kolejny szydzący z niego uśmiech, wstaje i popycha Mulata na ścianę. - mów, co się tu kurwa stało. - nie poznaje samego siebie, ale wie, że to jedyny sposób, by poznać prawdę.

- hej, spokojnie – odpycha go Malik, po czym wyciąga papierosa i odpala go wprost przed jego twarzą. - to Twój pomysł – dodaje, wypuszczając odrobinę dymu, która zdecydowanie drażni gardło szatyna.

- mam chłopaka, nie zrobiłbym tego z własnej woli!

- nie byłbym tego taki pewny, „Zayn, chodźmy, Zayn, masz taki słodki tyłek, chcę Cię wyruchać” – cytuje go chłopak, a Liam nie wierzy własnym uszom.

- nie mogłem tego zrobić – załamuje się i siada na skraju materaca, zakrywając twarz dłońmi. - to wszystko Twoja wina – syczy przez łzy, wiedząc, że obiecał Niall’owi szczerość. - wszystko to Twoja pierdolona wina!

- kochanie – zaczyna Zayn i pochyla się nad nim – myślisz, że spośród tych wszystkich pięknych chłopców, których poznałem w klubie, zarywałbym do Ciebie? - w jego głosie czuć kpinę i Liam już sam nie wie, którego momentu tego spotkania bardziej nienawidzi – seksu z nowo poznanym chłopakiem, czy rozmowy, w której dowiedział się, że wszystko zainicjował on sam.

- mam chłopaka… - powtarza cicho, bo tak naprawdę nie wie, co ma teraz zrobić ze swoim życiem. Zdradził Nialla, może nie do końca świadomie, ale zrobił to.

- może nie zaspakaja Cię wystarczająco? Wiesz, Twoje usta są… - ale Liam nie słyszy już dalszej odpowiedzi, chwyta swoje ubrania, telefon i wychodzi z pokoju, by chwilę potem opuścić mieszkanie bruneta raz na zawsze.

A przynajmniej ma taką nadzieję.

Spędza cały poranek w parku, nie jest w stanie wrócić do domu, siedzi na ławce i zastanawia się, jak powiedzieć swojemu najcudowniejszemu chłopakowi, że właśnie przespał się z innym. Niall jest zawsze dla niego taki dobry i czuły, i nigdy nie krzyczy, ale teraz Liam wie, że będzie krzyczał, a może nie? Może po prostu go uderzy i będzie po wszystkim? Liam chciałby, aby tak było, ale znów to męczące go od środka uczucie, mówi mu, że w życiu nic nie jest proste. Wyciąga telefon i naciska ikonkę szybkiego wybierania.

- Liam? Wiesz, że jest rano? - po drugiej stronie odzywa się głęboki głos.

- Rano? Harry, jest prawie dwunasta. - buntuje się chłopak.

- Rano, Payne. - powtarza nastolatek, po czym, jak udaje się Liamowi usłyszeć, poprawia się na łóżku. - Coś się stało?

- Zdradziłeś kiedyś Lou? - pyta prosto z mostu, ale szybko tego żałuje. - No wiesz…przespałeś się z innym, kiedy wy dwaj...

- Nie i nie mam najmniejszego zamiaru, Louis mnie wspaniale zaspokaja.. – śmieje się Harry, ale po chwili łapie sens tej rozmowy i przez swój krzyk wybudza ze snu leżącego obok Tomlinsona. - o kurwa, Li! No nie mów!

- Nie chciałem, Harry, ja nie wiem, jak do tego doszło… nie wiem, co mam robić – prawie płacze, a w tle może usłyszeć, jak Louis pyta swojego chłopaka, co jest grane. - przepraszam, nie chciałem Was obudzić..

- nie, to jest w porządku, Liam! Naprawdę, dobrze, że zadzwoniłeś, po prostu…po prostu, spotkajmy się, okej? Tam gdzie zawsze? Za dwadzieścia minut.

- w porządku… i Harry?

- tak?

-dziękuje.

~*~

- i po prostu obudziłeś się w jego łóżku? - pyta Louis, popijając gorącą herbatę. Jego usta są nieco sine, więc Harry zaproponował, by rozgrzać je napojem, choć starszy wie, że jest jedna, lepsza metoda na tego typu sprawy, ale ich przyjaciel ma problem, a przyjaciele są ważniejsi niż…zboczone myśli.

- tak, Lou, cholera, spieprzyłem, On mi nie wybaczy – Harry spogląda na niego z troską i delikatnie gładzi jego ramię.

- musisz z nim porozmawiać, wyjaśnić… - proponuje, ale cała trójka wie, że zdrada to nie mała rzecz, to nie pominięcie masła na liście zakupów, to coś więcej i Liam musi się z tym uporać.

- jesteśmy dla Ciebie – Tommo próbuje go podnieść na duchu, przez co szatyn wysila się na sztuczny uśmiech i wraca do picia gorącego napoju. W tym wszystkim, chociaż ona jest słodki. Napój, rzecz jasna.

~*~

Kiedy wraca do domu zastaje Nialla na kanapie. Jego twarz nie zdradza żadnej emocji, jasne włosy są w nieładzie, a oczy skupiają się na ekranie telewizora. W jednej ręce trzyma kubek, który Liam podarował mu na święta, a drugą delikatnie wystukuje jakiś rytm.

- Jesteś. - słyszy, ale to na pewno nie jest jedno z jego ulubionych powitań. - Gdzie byłeś? - pyta blondyn, a Liam czuje, jakby chłopak wiedział już wszystko i to z drugiej ręki, czuje się stracony.

- Musiałem…spotkać się z Lou..i – nie udaje mu się dokończyć, bo Niall odstawia naczynie na stół i staje naprzeciw niego. - gdzie byłeś w nocy, Liam? - pyta łagodnie, a szatyn myśli, że to jakiś żart albo ukryta kamera.

- co?

- tylko nie mów, że u Twojej mamy, dzwoniłem tam pięć razy i za każdym, Twoja siostra mówiła, że nie było Cię od tygodnia i ja… – urywa. - po prostu odpowiedz, gdzie byłeś.

Liam nienawidzi siebie za to, co zrobił. Nienawidzi każdej chwili, która sprowadziła go do tego czynu. Nienawidzi Zayna za to, że mu na to pozwolił, nienawidzi tego pieprzonego klubu, do którego poszedł, nienawidzi fatum.

- ja.. - nie wie, jak zacząć, więc siada na kanapie i zasłania twarz dłońmi. - kocham Cię, Niall. - szepcze, ale chłopak stojący obok nawet nie drgnie.

- czy to wstęp do ‘zdradziłem Cię, Niall, wybacz mi’? – pyta żartobliwie, ale gdy Liam nie porusza się przez kolejne trzydzieści sekund, zdaje sobie sprawę, że trafił w samo sedno.

- ja nie chciałem, ja nie wiem, jak to się stało, nic nie pamiętam! - próbuje tłumaczyć, ale gdy odsłania buzię, jest sam w pomieszczeniu.

Biegnie na górę i widzi, jak blondyn pakuje swoje rzeczy.

- Co robisz? - pyta przez łzy, próbując go powstrzymać.

-Chyba nie sądzisz, że będę z Tobą mieszkał, koniec z nami, Liam! To naprawdę koniec, nie potrafię, nie umiem – mówi spokojnie, choć Liam wie, że targają nim okropne emocje – po prostu mnie zostaw, jeśli mnie kochasz, daj mi odejść… – lekko podnosi głos, a Payne upada na kolana i podpiera się ręką o ścianę, połykając słone krople. Potem słyszy już tylko trzask drzwi frontowych i może pomarzyć o szczęśliwym zakończeniu…

~*~

Pierwsze kilka dni to dla Liama piekło. Płacze po nocach, a w dzień nawet się nie uśmiecha. Jest świadomy swojego błędu, jest świadomy, że to on wszystko zepsuł jakąś głupią przygodą z nieznajomym kolesiem, jest tego wszystkiego cholernie pewny, ale wciąż nie rozumie, jak do tego doszło. Co wieczór analizuje od nowa całe wydarzenie i gdy dociera do punktu z drinkiem, film mu się urywa, nie pamięta ani minut więcej, dopiero poranek w łóżku Malika i ich rozmowę, w której opalony chłopak zwalił całą winę na niego. Czy to możliwe, że wypił coś jeszcze? Nie jest pewien, ale nie może tego wykluczyć, więc ponownie zawija się w koc na kanapie, którą jeszcze całkiem niedawno zajmował jego chłopak i użala się nad sobą, bo właściwie, co mu zostało…

Gdy słyszy dzwonek do drzwi, nie chce mieć nadziei, ale gdy je otwiera, mimo wszystko musi się uśmiechnąć, bo jego przyjaciele są najlepsi na świecie.

- mamy pizzę! - krzyczy radośnie Styles, po czym wprasza się do środka.

- i piwo, dla rozluźnienia – dodaje Louis i uśmiecha się delikatnie. - pomyśleliśmy, że przyda Ci się odrobina towarzystwa.

Spędzają ten wieczór razem, oglądając jakieś nieśmieszne komedie, ale mimo wszystko chłopak jest wdzięczny, że ta dwójka, wierzy w niego i nie pozwala, by siedział sam w te okropne dni. Tęskni za Niallem, co jest oczywiste i dałby wszystko, aby móc cofnąć czas. Niestety nie może, a to boli najbardziej.

Następnego ranka budzi go dźwięk smsa, a raczej szeregu smsów, jednak gdy spogląda na swój telefon nie odnajduje żadnej nowej wiadomości. Jest zmieszany, ale poprawia tylko kołdrę i zapada w sen. Kilka godzin później ten sam dźwięk drażni jego uszy, zrywa się z łóżka i dociera do swojej garderoby, gdzie odnajduje w kieszeni swego swetra, telefon. Telefon Zayna.

Otwiera skrzynkę odbiorczą, a jego szczęka opada.

‘Słyszałem, że przeleciałeś jakąś dupeczkę!’

'O kurwa, nie mów, że to Liam Payne!’

'Niall Cię zabije, Stary, ale propsy!

'Wielki szacun, Horan może pożegnać się ze szczęściem’

’ Tak właściwie, dlaczego to zrobiłeś?’

’ Kurwa, Malik, odpiszesz, czy dalej się pieprzysz?’

’ Tabsy działają skoro Liaś odleciał. Pozdro, Stary, daj znak życia!’

Literalnie zbiera swoją szczękę z podłogi jakieś piętnaście minut później, gdy wciąż siedzi na dywanie, jego stopy są bose, a chłodne powietrze z otwartego okna na poddaszu, wywołuje lekkie ciary. O Boże, myśli Liam, a potem potrzebuje tylko chwili, by doprowadzić się do normalnego stanu, wsiąść w samochód i ruszyć w drogę. Załatwić to, co powinien zrobić już dawno.

~*~

Dojeżdża na podjazd Malika w ciągu niecałych dwudziestu minut i jest pewien, że złamał kilka zakazów, naruszył kodeks drogowy i powinien dostać mandat, ale nie dba o to, czy któraś z kamer zarejestrowała jego przyspieszoną prędkość, wchodzi do budynku, nie trudząc się nawet pukaniem. Popycha drzwi od sypialni, w której został całkiem niedawno wykorzystany, a widok, jaki zastaje wcale go nie zaskakuje. Mulat leży, jak tamtego poranka, owinięty białym płótnem, obok siedzi drobny chłopiec, którego Liam kojarzy, ale tak naprawdę nie wie skąd.

- nie bój się – uspokaja go Payne, po czym podaje ubrania, by je założył i odwraca się tyłem. - a teraz wyjdź i nigdy tu nie wracaj, to nie jest facet dla Ciebie – ostrzega go, a dzieciak wybiega z pokoju, zostawiając ich samych.

- myślisz, że go odstraszysz? Każdy chce być wyru-

- nie każdy, a na pewno nie ja – syczy Liam, po czym podnosi go do góry i rzuca lekko o ścianę – jeśli myślisz, że wrzucanie tabletek do drinków, by się z kimś przespać, jest sposobem na życie to jesteś naprawdę popierdolony – wyrzuca, na co Zayn śmieje się cicho.

- trochę zajęło Ci zorientowanie się, co jest grane, ale i tak plus dla Ciebie, rzadko się to zdarza.

- wybrałeś zły cel – Liam nie dba o swoje kostki, uderza mocno w jego twarz, a krew plami jego bluzkę. - to za to, że mnie wykorzystałeś, a to za to, że Ci uwierzyłem, a to za Nialla – uderza mocniej, po czym zostawia go pod ścianą i wychodzi.

Teraz pozostaje tylko jedno.

Jego dłonie drżą, a usta zlewają się w jedną cienką linię, gdy delikatnie naciska na dzwonek do drzwi rodzinnego domu Nialla. Jest przerażony wizją spotkania swoich teściów po tym, co się stało, ale musi doprowadzić sprawę do końca, musi przeprosić swojego chłopaka i udowodnić, że bardzo mu zależy.

- Liam – Maura brzmi spokojnie, całkiem jak jej syn, myśli chłopak i cień uśmiechu pojawia się na jego ustach.

- Zastałem Nialla? - pyta niepewnie, ale gdy kobieta wskazuje ręką, by wszedł, część emocji opada. Natychmiast kieruje się do jego pokoju, pełnego zabawek z dzieciństwa i książek o muzyce, które blondyn uwielbia. Naciska na klamkę i zdaje sobie sprawę, że powinien zapukać, ale już jest za późno. Horan leży w swojej niebieskiej pościeli, która cudownie kontrastuje z barwą jego włosów i Liam nie może się nie rozczulić. Podchodzi bliżej, po czym kładzie się za nim, delikatnie oplatając swoją rękę wokół jego talii.

- Przepraszam… - mruczy w jego plecy, świadomy, że jego (były)chłopak nie śpi. - Przepraszam, że jestem takim idiotą, przepraszam za każdą pojedynczą rzecz, która Cię zraniła i przepraszam, że musiałeś na mnie tak długo czekać.

Niall porusza się niespokojnie, ale nic nie mówi, więc Payne odbiera to za dobry znak.

- I przepraszam, że się z nim przespałem, Skarbie. Nie planowałem tego, nigdy nie mógłbym planować czegoś tak okropnego, nigdy nie chciałem Cię zranić, spędziłem kilka dni, myśląc jak do tego doszło, a dziś znalazłem to – wyciąga telefon i podaje blondynowi, który jednak nie bardzo ma ochotę go przyjąć – proszę, weź… te wiadomości… chyba się znacie, On zrobił to żeby Cię zranić. - tłumaczy Liam.

Kilka minut ciszy, gdy Niall przegląda komórkę, jest dla Liama jak wieczność. Wie, że nawalił, ale teraz przynajmniej wie dlaczego.

- Nic nie brałem dobrowolnie, Ni. - spuszcza wzrok, gdy chłopak odkłada telefon, zamyka oczy i opiera się plecami o ścianę. - możesz nie być taki spokojny? Nakrzycz na mnie, zrób cokolwiek! - prosi, ale odpowiada mu cisza. Sam, więc, zamyka oczy, ale chwile potem czuje drobne ramiona wokół swojej szyi i cholera, nie może powiedzieć, kiedy ostatnio był tak szczęśliwy.

- nie chcę na Ciebie krzyczeć, bo to nie Twoja wina. - mówi wreszcie blondyn, a z oczu Liama wypływają łzy. Chłopiec ociera je swoim rękawem, po czym wpija się w usta szatyna, nie pozwalając, by ten dłużej się smucił.

- Niall..ja..

- Liam, przepraszam, że ten idiota Cię w to wciągnął, ja naprawdę nie wiedziałem..

- masz na myśli…

- mam na myśli, że mamy dużo czasu razem, by to jeszcze przedyskutować – przytula go mocniej, a jego palce kurczowo trzymają się ubrania drugiego.

- to znaczy, że…

- tak, Liam, to znaczy, że dziś możesz spać w moim łóżku.

- nie o to pytałem idioto!

- wiem i za to Cię kocham.

Czasem jest tak, że życie płata nam figle, ale tylko po to, byśmy mogli docenić to, co mamy. Docenić to, co w każdej chwili możemy stracić. Docenić każdy moment w obecności bliskiej osoby, bo takiego samego już nie będzie. Nigdy.

- i ja Ciebie kocham, Głuptasie. - odpowiada Liam, po czym wtula się w ciepłą klatkę swojego (już) chłopaka, by poczuć go raz jeszcze, bo teraz naprawdę docenia to, co ma.

Pocałuj mnie, Boo. - one shot (Larry)



image

Od autorki: Prompt, który stał się one shotem przez liczbę słów. 61 notek na tumblr. Dziękuję!

Harry i Louis przyjaźnią się od zawsze.

A przynajmniej tak odczuwa to Louis, bo za nic w świecie nie może przypomnieć sobie tego konkretnego momentu, w którym tak naprawdę wszystko się zaczęło. Jak przez mgłę wspomina przedszkole i roześmianą buzię małego chłopca, który podkradał mu co rusz zabawki i wcale nie przejmując się starszym o dwa lata kolegą odchodził do swojego kącika, by kontynuować zabawę.

Louis często mu to wypomina, a wtedy twarz Harry'ego przybiera kolor różu i chłopak nie wie, dlaczego tak się dzieje. Ma piętnaście lat, burzę kręconych włosów na głowie i piękne zielone oczy, a dotyk jego przyjaciela jest tak cudowny, że za każdym razem musi stłumić w sobie dziwne uczucie w dole brzucha. Nie jest jeszcze w pełni świadomy, co to oznacza, ale pewnego chłodnego wieczoru, gdy udaje mu się przekonać Louisa, że nie czuje się zbyt dobrze, zostaje w domu i analizuje swoje ostatnie miłosne uniesienia.

Zamiera, gdy oczywiste wychodzi na wierzch. Jest zakochany w swoim najlepszym przyjacielu, a istnienie jego dwóch byłych dziewczyn wcale nie sprawia, że tę opcję można wykluczyć.

Przez kolejne tygodnie stara się zachowywać normalnie aby nie wzbudzić podejrzeń Louisa, ale to nie takie proste, gdy osoba, którą darzysz uczuciem idzie dziesięć centymetrów od ciebie, a wasze dłonie prawie się ze sobą stykają. Harry przeklina w duchu swoje uczucia, ale miłe motylki w dolnych partiach brzucha nie odchodzą.

Mija miesiąc, a chłopak jest już całkowicie pewny, że kocha swojego przyjaciela. Sposób w jaki na niego patrzy, kształt jego ust, ciało, rozwiane włosy, czy poczucie humoru, którego Louisowi nie brak. I Harry naprawdę nie wie, co ma zrobić, bo jedyne, o czym marzy to, by go dotykać i całować, a przecież przyjaciele tego nie robią. Chyba, myśli piętnastolatek, ale ponownie musi odrzucić te sprawy na tył głowy, bo Louis podbiega do niego na jednej z przerw i nachylając się mocno, czochra jego włosy.

- Hej, Haz. - jego głos jest jak piosenka i Harry zastanawia się, kiedy zaczął używać takich romantycznych porównań. Mimo wszystko odwzajemnia uśmiech.

- Dziś jesteś sportowcem? - pyta, co jakiś czas zerkając na książkę z angielskiego, od pewnego czasu myśli o swoim pierwszy pocałunku z chłopakiem, a gdy Louis jest tak niebezpiecznie blisko, staje się to jeszcze trudniejsze.

- Po prostu miałem wf, Głuptasie – Louis przysiada obok niego, a Harry czuje ulgę. Może w końcu oddychać. Chociaż przy atrakcyjnym siedemnastolatku wychodzi mu to z każdym dniem gorzej.

(Po prostu jest taki piękny, myśli Harry i zagryza wargę, gdy jego przyjaciel lekko szturcha go w ramię!)

- Przepraszam, zamyśliłem się – tłumaczy lokaty, a Louis tylko chichocze.

(A jego chichot jest jak spełnienie marzeń, myśli znów Harry, posyłając starszemu sztuczny uśmiech).

- Coś nie tak? - pyta Louis, bo cholera, przecież zna go zbyt dobrze. - Ostatnio dziwnie się zachowujesz.

Harry zaczyna panikować od wewnątrz. Cholera,cholera,cholera.

- Po prostu mam trudny test z anglika... i no wiesz.. - kłamie, mając nadzieje, że Tommo to kupi.

- Harry, jesteś najlepszy z tego przedmiotu w całej budzie! - śmieje się, ale podnosi tyłek z podłogi. - Muszę już iść, widzimy się po lekcjach, w porządku? Cokolwiek zaprząta Twoją głowę, zrzuć to, Cupcake. - posyła mu ostatni uśmiech i odchodzi, a Harry szczerzy się jak idiota.

Nie dość, że nie uwierzył to jeszcze użył tego pieszczotliwego przezwiska, które wymyślili podczas wypadu na namioty kilka lat wcześniej. Jest niesamowicie, a jednocześnie tak do dupy, że Harry czuje się wewnętrznie rozdarty, a to nie sprzyja jego powrotom do domu...

Nie sprzyja ani trochę.

~*~

Kolejne kilka dni mijają jak zawsze – Louis wciąż jest nieświadomy tego, co się dzieje, a Harry upaja się chwilami spędzonymi w jego towarzystwie, bo przecież to jest to, co robią zakochane osoby, spędzają ze sobą czas. I mimo że nie do końca jest tak, jak sobie wymarzył, a jego najlepszy przyjaciel nie odwzajemnia uczucia, to wciąż są tu razem, a Harry naprawdę stara się doceniać małe rzeczy.

Siedzą przytuleni pod drzewem, gdy Harry myśli, że mógłby spróbować pocałunku z chłopakiem i przekonać się, czy na serio go kręcą, czy to tylko jakiś wybryk hormonów, mimo wszystko Harry nie widzi w tej pierwszej opcji nic złego, chciałby mieć chłopaka, tak naprawdę chciałby mieć Louisa, ale próbuje nie wnikać w szczegóły zbyt mocno.

- Powiesz mi co się dzieje, czy mam to wyciągnąć z Ciebie siłą? - pyta Louis i Harry myśli, że to już koniec. Zaraz go odkryje i znienawidzi.
- Boo... - jęczy Harry i układa głowę na jego ramieniu. - Wszystko jest w porządku. - znów kłamie, a może tak naprawdę mija się z prawdą, myśli. - Po prostu ostatnio nie czuję się najlepiej.
- Harry, masz piętnaście lat, powinieneś czuć się dobrze! - Louis podnosi głos, ale nie ze złości, raczej ze zmartwienia i Harry to wie. - Hej, spójrz na mnie. - I Harry patrzy, a źrenice przyjaciela skupiają się na jego. - Obiecaj mi, że jeśli będzie się coś nie tak to po prostu mi powiesz. - bierze w dłonie jego twarz, a Loczek marzy, by nigdy ich nie zabierał.
- Dobrze, Louis. - mówi smutno w pełni świadomy, że to i tak nie będzie miało miejsca. Nie może mu powiedzieć, jak bardzo go kocha, a tym bardziej nie może powiedzieć mu o gorzkich powrotach do domu. Nie chce stracić swojego przyjaciela, nigdy na to nie pozwoli. To Louis jest jedyną siłą, jaka trzyma go jeszcze przy życiu. Gdyby nie on, prawdopodobnie Harry'ego nie byłoby już tutaj. Wie to i nie może sobie pozwolić na kolejną stratę.
- Tak... chodź tu – łapie go za biodro i chce przyciągnąć bliżej, ale cichy pisk opuszcza usta młodszego i Louis nie ma pojęcia, co do cholery się dzieje. Patrzy tylko z otwartą buzią, jak Harry zabiera swoje rzeczy i ucieka w stronę przystanku autobusowego. Chce wstać, ale nie potrafi, nie może, coś go blokuje, więc pozwala przyjacielowi odjechać, a sam opiera głowę o drzewo i zastanawia się, co zrobił źle, że Harry zareagował tak drastycznie.

Próbuje przypomnieć sobie ostatnie tygodnie i dochodzi do wniosku, że piętnastolatek zachowywał się inaczej niż zwykle, był jakby ostrożniejszy, mniej mówił, ciągle siedział zamyślony, a co najciekawsze, odmówił wspólnego nocowania, czego nigdy dotychczas nie robił.

Jest źle i Louis już wie, że coś definitywnie nie gra. Zakłada plecak i biegnie w stronę domu, by wyrzucić z siebie trochę emocji. Postanawia dać młodszemu czas, a gdy jutro spotkają się przed szkołą, zapyta o wszystko i na pewno wyjaśnią każdą kwestię. Tak, taki jest plan. Ma nadzieję, że tym razem Harry mu nie ucieknie.

I plan byłby idealny, gdyby nie to, że następnego dnia jego przyjaciel nie pojawia się w ich umówionym miejscu. Louis jest zawiedziony lub smutny, sam nie wie, jak opisać te uczucia, ale to z pewnością nic dobrego. Chce opuścić lekcje, ale przypomina sobie o niezaliczonym teście z francuskiego i ze spuszczoną głową wchodzi do budynku szkoły.

Mniej więcej w tym samym czasie, Harry zrywa się z łóżka i zdaje sobie sprawę, że zaspał. Prędko wyszukuje ubrania, wyrzucając połowę szafy, która i tak prosi się o uporządkowanie, po czym zamyka się w łazience i wyciąga puder swojej zmarłej tragicznie siostry, by zapudrować siną szyję. Wie, że musi, inaczej nie będzie mógł pokazać się w szkole. W duchu dziękuje Gemmie, że miała go tak dużo i może to nie na miejscu, ale uśmiecha się do niej i ma nadzieję, że Ona także to robi.

Poprawia włosy i schodzi na dół, gdzie zastaje podpitą matkę, próbuje ją wyminąć, gdy ta wymierza mu mocny policzek. Syczy głośno i patrzy na nią pytającym wzrokiem, przez co ona wybucha histerycznym śmiechem. Chłopak jest o krok od płaczu, ale postanawia nie dawać jej satysfakcji i odchodzi w stronę drzwi. Niestety nie udaje mu się ich otworzyć, bo czuje na swoich włosach jej palce. Mocno szarpiące jego drobne loki.

- Mamo, mamo, p-przestań – płacze, gdy ta ciągnie go na dywan w salonie. - p-proszę! - jednak ona nie ma litości, kopie go lekko w brzuch, ale Harry i tak czuje, że zaraz eksploduje.
- Jesteś takim gówniarzem, Harry – warczy kobieta i odpala papierosa – niczego Cię nie nauczyłam ty pierdolony gówniarzu – dodaje, a chłopak nie wstrzymuje już łez.
- Mamo, proszę, chcę iść do szkoły – błaga chłopiec, mimo że zdaje sobie sprawę, iż to nic nie da. Czuje w jej oddechu odór alkoholu zmieszany z dymem tytoniowym. Chce mu się wymiotować. I sam nie wie, czy to z powodu zapachu, czy może z nerwów.
- Niczego Cię kurwa nie nauczyłam! - krzyczy kobieta i uderza z całej pięści w jego klatkę piersiową. Harry mógłby jej oddać, ale jest gentlemanem, nie bije kobiet, nie bije własnej matki. Mógłby się bronić, ale kolejny cios w ramię, unieruchamia go na podłodze.
- P-proszę – jego głos jest już znikomy, bo łzy, które połyka uniemożliwiają jakiekolwiek wypowiedź.
- Chcesz iść do szkoły i patrzeć na tego skurwiela, Tomlinsona! - syczy podle, a oczy Harry'ego się rozszerzają.
- Myślisz, że nie wiem? Jestem taka głupia, że nie widzę, jak pedalski jesteś? - śmieje się głośno.
- Czytałaś mój pamiętnik... - mówi cicho, ocierając policzki ze słonej cieczy.
- Czytałam i spaliłam – fuka kobieta, a Harry może przysiąc, że jej nienawidzi, choć wcale nie powinien, jest przecież jego matką.
- Jak mogłaś! - krzyczy, czego prędko żałuje, bo kobieta wyciąga gruby pas i wykorzystuje go na gładkiej skórze chłopaka.

Harry płacze i krzyczy wniebogłosy, i już naprawdę nie wie, co ma zrobić, chce po prostu umrzeć, bo nie ma pojęcia, jak długo będzie jeszcze w stanie to wytrzymać. Zagryza policzki od środka i czuje metaliczny smak krwi rozprzestrzeniającej się w jego jamie ustnej.

- Jesteś najgorszym dzieckiem, jakie miałam! Beznadziejny, głupi gówniarz – oświadcza kobieta i przechyla butelkę, po czym kopie Harry'ego po raz ostatni, pluje na jego twarz i każe mu się wynosić.

Gdy Harry leży już na łóżku w swoim pokoju, nie może uwierzyć, jakim cudem udało mu się do niego dotrzeć. Jest cały siny i zakrwawiony, a jego oczy opuchnięte. Twarz pokrywają drobne białe plamki, które zawsze wyskakują mu po płaczu i cholera, naprawdę marzy, by zasnąć i już się nie obudzić. Chce mu się ogromnie pić, ale z powodu bólu nie potrafi wstać z łóżka, nawilża usta śliną i wyciąga telefon z kieszeni.

Przez chwile myśli, że napisze do Louisa, ale potem przypomina sobie swoją obietnicę. Nie może go stracić. Wchodzi na Twittera, gdzie jest anonimowy i może napisać wszystko. Ma na ikonce Johna Mayera, swojego ulubionego wykonawcę i jest szczęśliwy, że na tym portalu ludzie nie oceniają go tak, jak robią to jego bliscy.

Przez kolejne pół godziny wylewa swoje wszystkie emocje w krótkich postach i jest mu trochę lżej, ale wciąż nie tak jak powinno, wie to doskonale.

Zasypia zapłakany i obolały, i ma nadzieję, że gdy się obudzi będzie ze swoją siostrą.

~*~

Louis wraca do domu, po całym dniu w szkole i jest mu przykro, że nie otrzymał od Harry'ego żadnej wiadomości, mimo że sam wysłał mu co najmniej cztery, a może i sześć. Próbuje zignorować to zjadające go od środka uczucie i siada przy komputerze, przepraszając mamę za brak apetytu.

Błądzi po facebooku i myspace, mając nadzieję, że może tam jego przyjaciel zostawił choćby krótką wiadomość, ale ponownie się myli, zatrzaskuje więc laptopa i podpiera ręce na łokciach. Patrzy bezmyślnie przez okno, gdy przypomina sobie, że lokaty wspominał kiedyś coś o jakimś portalu z ptaszkiem. Wyszukiwarka pomaga mu w 0,39 sekundy i to chyba pierwszy sukces tego dnia. Odnajduje Twittera, gdzie prędko zakłada konto i zaznajamia się z instrukcją. Nie pisze nic, próbuje znaleźć konto Harry'ego, ale po dwudziestu minutach zdaje sobie sprawę, że to nie takie proste. Klika w wyszukiwarkę coś w stylu 'nie idę do szkoły' i przegląda każdy profil, z którego w przeciągu ostatnich kilku godzin wysłano taką treść.

Po godzinie jest znudzony i jeszcze bardziej zmartwiony, i już ma wyłączyć stronę, gdy jego wzrok przykuwa John Mayer, a raczej jego zdjęcie na ikonce jakiegoś użytkownika.

To nie może być to, myśli, ale klika na obrazek, który prędko przenosi go na profil jakiegoś chłopaka.

Nie idę dzisiaj do szkoły, nie mogę...

Moje życie nie ma sensu.

Naprawdę chciałbym to skończyć, ale jest ktoś kogo kocham.

Louis czyta z zainteresowaniem, wciąż szukając czegoś, co potwierdzi jego myśli.

On jest cudowny i ma pięknie niebieskie oczy, zrobiłbym dla nich wszystko.

Ma idealne francuskie imię...i cholera, jestem taki ckliwy.

Nie mogę się ruszać, nienawidzę jej...

Chciałbym umrzeć... moje ciało boli, nigdy nikt mnie tak nie upokorzył.

Chciałbym mieć kochającą mamę.

Chciałbym móc powiedzieć Louisowi prawdę i nie bać się, że mnie znienawidzi...

To tyle, ile potrzebuje Louis.

Zrywa się z krzesła i przepraszając mamę, wybiega z domu. Wie, że coś jest nie tak. I cholera, ma ochotę zapaść się pod ziemię, że musiał to przeczytać w Internecie. Powinien wiedzieć, powinien wiedzieć, że Harry ma problemy.

Dobiega do jego domu szybciej niż zwykle. Naciska na dzwonek, ale nikt mu nie otwiera. Wchodzi do środka i zastaje okropny bałagan. Sprawdza salon i kuchnię, ale nie znajduje nikogo. Gdy dociera do drzwi Harry'ego, przełyka ciężko ślinę i naciska klamkę. Widok, jaki zastaje, łamie mu serce.

- Cholera, Haz – mruczy pod nosem, gdy podbiega do chłopaka i siada obok. - nic Ci nie jest?

Harry otwiera oczy i czuje, że to właśnie koniec. Nie może się ruszyć, więc milczy. Louis wciąż na niego patrzy, a jego wzrok jest pełen współczucia.

- Haz...dlaczego mi nie powiedziałeś? - podaje mu rękę i pomaga usiąść, mimo bólu, jaki wypisuje się na twarzy piętnastolatka.
- Przepraszam, jestem beznadziejny – powtarza słowa swojej matki i spuszcza głowę.
- Nigdy tak nie mów – Louis klęka przed nim i łapie jego porozcinane dłonie w swoje ręce. - jesteś najcudowniejszą osobą na świecie, hej..proszę, nie smuć się.

Harry płacze z bólu i Louis prosi aby położył się jeszcze na chwilę, a sam podaje mu wodę i wyciąga z szafy jego torbę na ubrania.

- C-co Ty robisz?
- Nie zostaniesz tu ani minuty dłużej.

I Harry choćby chciał, nie ma siły protestować.

Jadą taksówką do domu Louisa i Harry nie wie, co będzie dalej, ale teraz jest bezpieczny, i bardzo mu się to podoba.

~*~

Louis siada na łóżku, gdzie kilka minut wcześniej posadził Harry'ego i lekko obejmuje go ręką., Chce powiedzieć tak wiele, chce przeprosić, że nie zauważył, ale nie wie od czego powinien zacząć, więc milczy. Harry lekko drży, więc starszy nakrywa go kocem, na co chłopak reaguje jękiem i przerzuca materiał także na jego nogi. Louis się uśmiecha.

- Harry...
- Przepraszam, że Ci nie powiedziałem... - przerywa mu chłopiec – powinienem, ale bałem się, że nie będziesz już chciał mnie znać.. i ja.. przepraszam -
- Harry, to nie Twoja wina – odzywa się Louis – to ja powinienem był zauważyć, że coś nie gra, to ja jestem złym przyjacielem...
- Nie jesteś – mówi Harry, a malinowe usta Louisa układają się w piękny kształt i jedyne, o czym teraz myśli to pocałujgopocałujgo.
- Chciałbym abyśmy nie mieli przed sobą żadnych tajemnic, hm? - proponuje siedemnastolatek, a Harry kiwa głową w zgodzie.
- Przepraszam, że Ci nie powiedziałem o moich rodzicach... nie wiem, co wstąpiło w moją matkę, nigdy taka nie była, czasem mnie uderzyła, ale..nigdy tak – odkrywa koc i patrzy na swoje sine ciało. - To okropnie boli, Lou – zaczyna płakać, a starszy chłopak nie wie, jak się zachować, więc jedyne co robi to przyciąga go do uścisku i delikatnie gładzi jego plecy.
- Już jesteś bezpieczny... nigdy nie pozwolę Cię skrzywdzić...nigdy więcej. - mówi Louis i wie, że tak będzie. Dotrzyma słowa, choćby nie wiem co.
- Jest jeszcze coś...
- Tak? - Louis patrzy na niego z ciekawością, bo cholera, te tweety, które przeczytał. One muszą coś znaczyć.
- Ale najpierw Ty musisz wyznać jakąś swoją tajemnicę. - mówi poważnie Harry, a Louis wertuje wspomnienia.
- W piątej klasie narysowałem Twój portret i powiesiłem sobie nad łóżkiem – odpowiada i może zauważyć, jak oczy Harry'ego się rozjaśniają.
- Poważnie?
- No jasne, mam go do dzisiaj – Louis całuje go w głowę i chłopiec nie jest już niczego bardziej pewny niż tego, że kocha go całym sercem. - pozwolisz żebym posmarował Twoje siniaki? - pyta niepewnie.
- Lou...
-Tak?
- Po prostu...pozwól mi pokazać..
-Co? - pyta zdezorientowany siedemnastolatek, ale nie dostaje już odpowiedzi – a może dostaje coś lepszego – bo usta pobitego chłopca delikatnie napierają na jego własne i przez kilka pierwszych sekund Louis jest w szoku, ale potem odwzajemnia pocałunek i wszystko jest takie... magiczne.

Odrywają się od siebie, a na policzki Harry'ego wpływają rumieńce. - Przepraszam, ja.. – szepcze, ale Louis przyciąga go do kolejnego pocałunku i to jest wszystko, czego potrzebują.

I to jest odpowiedź na wszystkie pytania.
Rozwiązanie na każde zmartwienie.
Mają siebie, miłość i całą przyszłość, by być razem.
Harry definitywnie się na to pisze.
I Louis także.

Tego wieczoru Harry loguje się jeszcze raz na swoje konto na Twitterze, a Louis niespodziewanie przejmuje jego telefon, po czym wpisuje krótką wiadomość.

„Louis i Harry. Na zawsze razem.”

- Pocałuj mnie, Boo.
- Twoja kolej, Głuptasie.

I Harry nie może nic poradzić. Wdrapuje się ostrożnie na półnagie ciało swojego chłopaka, by skraść z jego ust ostatni pocałunek, po czym splata ich nogi ze sobą i zasypia, słuchając bicia serca siedemnastolatka, w którym zakochał się bez pamięci.

Ze wzajemnością.



Rozdział 9. - Green tea






 Od autorki: Jestem z dziewiątką! Napiszcie, czy Wam się podoba :) Dziękuję za wsparcie i za masę wyświetleń! ♥♥♥

 Link do masterposta: KLIK

Harry myśli przez chwilę, po czym w jego oczach pojawia się iskra zrozumienia. 

- Mówiłeś… wspominałeś kiedyś o nerce, oddałeś ją...oddałeś ją mi… - mówi cicho, ale Louis jest pewien, że mikrofon wyłapał każdy szczegół.

Harry! - ma łzy w oczach, ale to nie jest ważne, kiedy młodszy przytula go ciasno, szepcząc jak bardzo jest wdzięczny za uratowanie jego życia. A to, że kamera wciąż wściekle rejestruje każdy ich ruch i każde słowo… nie ma żadnego znaczenia. Przynajmniej nie w tym momencie.

Louis pozwala emocjom opaść, gdy słyszą upomnienia adwokata. I nawet jeśli pozostała trójka uważa to za cudowny zbieg okoliczności, nie mówią nic poza prośbą o kontynuowanie przesłuchania. Harry się wzdryga.

Kolejne kilka godzin upływa na opowieściach skrzywdzonego chłopca. Nie szczędzi detali w żadnej z nich, przez co Louis jest wyraźnie zdegustowany. Nie słowami Harry'ego, ale tym, czego dokonali mężczyźni w jego życiu. Jest dużo krzyku i łez. Jest też zdziwiony Louis. Głównie tym, że Harry wciąż dopuszcza go do siebie. To wydaje się być czymś wyjątkowym i Louis jest pewny, że tak właśnie jest.

Kiedy spotkanie dobiega końca, rozmawia jeszcze chwilę z prawnikiem, podczas gdy jeden z lekarzy podaje Harry'emu lek na uspokojenie. Louis nie jest całkowicie za tym, mógłby przecież ukoić nerwy chłopca tuląc go do swojej piersi, ale żaden z obcych tego nie wie, więc niespecjalnie ich wini. Adwokat obiecuje, że skontaktują się z nim, jak tylko sprawa ruszy dalej. Wspomina także o zeznaniach Gemmy Styles. Louis ma nadzieję. I ma zamiar się trzymać jej kurczowo do samego końca, bo nachodząca go coraz częściej myśl o kupnie lub wynajęciu mieszkania z Harrym nie odejdzie tak łatwo.

Kiedy odprowadza Harry'ego do jego pokoju, chłopak jest senny. Louis nie lubi go w takim stanie, ale wie, że sen jest lekiem na większość dolegliwości. Nakrywa go puchatą kołdrą, całuje w czoło i wychodzi chwilę po tym, jak powieki Harry'ego opadają. Ma cudowne uczucie, dudniące o ścianki jego serca - uratował komuś życie. A tym kimś jest Harry, jego chłopak.

Z uśmiechem wchodzi do gabinetu. Nie słyszy nawet pytań Liama, kiedy stawia wodę na herbatę i wyciąga brązowy cukier, by wsypać go do cukierniczki, gdzie resztki słodyczy zaczęły powoli zasychać.

- Louis, jesteś nieobecny. Co się stało? 
- Co?
- Pytam... - kaszle sucho - zielona herbata? Co z Harrym?
- Będzie z nim dobrze. Śpi. Murs podał mu coś z efektem nasennym.
- Och... pozwoliłeś?
- Uratowałem mu życie, Liam, to byłem ja... - uśmiecha się, a łza spływa mu po policzku.
- Co? - Liam marszczy brwi. - Dobrze się czujesz? Jesteś pewny, że nie wstrzyknęli tego Tobie? - mówi pół serio, pół żartem.
- Co? Nie! Mówię o nerce, oddałem mu nerkę.
- Harry'emu? - pyta, a Louis tylko na to czekał. Przez kolejną godzinę opowiada o tym, co stało się pięć lat temu, nie szczędzi głośnych okrzyków i dumnych wyznań. Nie może przestać mówić nawet, gdy do pomieszczenia wchodzi kilka innych lekarzy. Jest tak cholernie dumny z tego przeznaczenia.

Kiedy nadchodzi koniec jego zmiany, prosi Liama o nocny dyżur. Chce tylko pojechać do domu, wziąć prysznic i zapewnić mamę, że wszystko jest w porządku. Payne nie ma serca odmówić mu, po tym, jak Harry był cały dzień pod presją, przez co Louis wjeżdża właśnie na podjazd swojego domu. Fizzy siedzi w oknie, jakby na kogoś czekała.

- Louis! Jesteś! - cieszy się i przytula go, jakby nie widzieli się dobre kilka lat.
- Coś się stało? - martwi się, ale żadna zła wiadomość nie przychodzi.
- Nie, ale Reece miał mnie zawieźć do kina i się spóźnia - jęczy przeciągle.
- Mogę to zrobić, ale daj mi chwilę na prysznic, podrzucę Cię w drodze do szpitala.
- Masz nocny dyżur?
- Tak jakby, tak, zamieniłem się z Liamem - wrzuca brudne rzeczy do kosza na pranie, gdy Jay wchodzi do pralni.
- Czy ja słyszałam coś o nocnym dyżurze? - pyta i całuje Louisa w czoło.
- Mamo...
- To Harry, nie? Chcesz tam być z nim. - mówi prosto Lottie, która od kilku minut opiera się o jeden z filarów. - Kiedy ja się tak zakocham?
- Przestańcie, jadę do pracy.

Jay puszcza Lottie oczko, a ta wychodzi. Fizzy krzyczy, że będzie czekać na dworze, więc Louis zostaje sam ze swoją troskliwą mamą.
- Jak on się ma?
- Myślę, że powinnaś jutro przyjść, to go odciągnie od myślenia. Mogłabyś wziąć Doris i Ernesta? - pakuje swoją torbę, nie patrząc Jay w oczy.
- Tak, to brzmi świetnie. Ucieszą się. Czy z Harrym na pewno dobrze?
- Nie, mamo... i długo nie będzie. Teraz jest na lekach, ale...
- Rozumiem - przytula - jestem tu dla Ciebie, w porządku? - Louis prawie płacze, ale potem przypomina sobie to.
- Mamo, oddałem mu nerkę.
- Słucham? - Jay się wzdryga - Ale Louis...masz tylko jedną.
- Oddałem nerkę. Tym chłopcem był Harry.

Jay zamiera, a potem na jej usta wpływa ogromny uśmiech. - Jutro, jak wrócisz i odeśpisz, musisz mi koniecznie wszystko opowiedzieć, dobrze? -  przytula ją mocno, roniąc kilka łez, nawet jeśli żadne z nich o tym nie wspomina. Jay prosi, by poczekał i przygotowuje tosty z nutellą i masłem orzechowym, po czym starannie zawija w sreberko. - Osłodź mu trochę ten wieczór - pakuje je Louisowi, a ten posyła jej w podziękowaniu uśmiech.

~*~

Jest około trzeciej nad ranem, gdy Louis sprawdza, czy Harry nadal śpi. Lek powinien powoli ustępować i lekarz nie chce, by jego pacjent czuł się przytłoczony, gdy obudzi się sam. Wchodzi na palcach i siada na białym krzesełku. 

- Nie śpię... - odzywa się Harry i jego głos jest, Louis nie wie, nie wie nawet jak mógłby to opisać. Natychmiast się podnosi i chce usiąść obok niego, ale ten blokuje jego ruch. - Nie...nie musisz. Wiem, że się mnie brzydzisz. - I to uderza Louisa podwójnie. Stoi zamroczony i patrzy w spłakane oczy chłopca, któremu oddałby wszystko, nawet serce, myśli.

- Co? - jest jednak jedynym, co opuszcza jego usta. - Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz. - dodaje po chwili, a Harry nie wydaje się uwierzyć. Mimo wszystko zabiera rękę i teraz Louis może owinąć wokół jego ciała swoją własną.

- No, dalej. Jestem tutaj, tak jak obiecałem Ci być. I nigdzie się nie wybieram.

- Ale, Louis...

- Nie ma żadnego ale. Wiesz, mogłeś mi to wszystko wcześniej powiedzieć i nie zmieniłbym zdania, co do nas. To nie ma znaczenia. Cóż, ma, ale nie takie, jak sądzisz. Chcę sprawiać, że zapomnisz o tym choć na kilka minut, chcę sprawiać, że będziesz szczęśliwy. I wiesz co? - Harry patrzy na niego jak na najpiękniejszy obraz świata. W jego kącikach zbierają się łzy i choć mrok spowija pokój, Louis może dostrzec, jak z ledwością utrzymują się nieporuszone.

- Pamiętasz, jak powiedziałem Ci, że Cię naprawię? Tak naprawdę nie muszę, bo nigdy nie byłeś zepsuty. Wystarczyło przyznać, jak bardzo Cię kocham.

Harry zamyka oczy, a po jego policzkach spływają słone krople. Louis czuje jakby coś zniszczył, ale chwile później posiada na swoich wargach usta młodszego i nic, nawet gwiazdy letnią nocą, nie mogłyby być piękniejsze. Nie potrzebuje odpowiedzi Harry'ego w formie słów. To, co najlepsze, już dostał i ma zamiar o to dbać do końca swoich dni.

Tosty z nutellą i masłem orzechowym definitywnie dodają temu wieczorowi słodkości. 

~*~

Następnego dnia panuje chaos. Jest rano, gdy Leigh Anne potrząsa ramieniem Louisa, który zasnął na lekarskiej kanapie.
- Co się dzieje? - szepcze pół-spiąco, gdy lekarka nie daje za wygraną.
- Louis, ewakuujemy szpital, czujniki przeciwpożarowe wyczuły dym. 
- Co? Pali się? - jęczy, mając nadzieje, ze tylko żartuje, jednak wyraz jej twarzy wskazuje na coś zupełnie innego. - O, kurwa! 
- Zbierz swoich podopiecznych i udajcie się do lewego skrzydła, strażacy już działają.
- Gdzie Liam?!
- Poszedł zlokalizować źródło zapłonu. Powiedział, że wyjdzie ze szpitala, jak ostatni pacjent opuści nasz oddział, ruchy!

Louis biegnie co sił w nogach i wzywa wszystkich do zbiórki w wyznaczonym miejscu. Niall trochę narzeka, a Taylor wraca się po swoją gitarę, ale większość osób po prostu go słucha. Wpada do pokoju Harry'ego i prosi, by szybko wziął Dusty na ręce.

- Co się dzieje? Czy to ćwiczenia pożarowe? - pyta chłopak, ale Louis kręci głową.
- To wszystko, tylko nie ćwiczenia, kochanie, musimy iść - łapie go za rękę, a Harry mógłby przysiąc, że czuje zapach dymu. - Czy to nie z pokoju Zayna? - pyta, ale Louis podnosi kota i wyprowadza tę dwójkę w bezpieczne miejsce. Kiedy grupa strażaków prowadzi ich do wyjścia, Louis dostrzega, że Harry miał rację. Zayn! 
- Wrócę po niego, został na oddziale - mówi, ale Harry jest przeciwny.
- Nie możesz, Louis, to niebezpieczne!
- Ale to Zayn, obiecuje, że nic mi nie będzie, idź z resztą. Spotkamy się pod budynkiem. Słowo - przytula go szybko. W panującym z każdej strony rozgardiaszu nie ma możliwości, by ktoś zwrócił na nich uwagę. Przynajmniej tak myślą.

Louis biegnie z powrotem na piętro, rezygnując z wzięcia windy. Cokolwiek to jest, nie chce zostać uwięziony podczas katastrofy, tym bardziej pożaru. Puka do drzwi Zayna, co może wydawać się w tej sytuacji niedorzeczne, jednak nawyki łapiemy bardzo szybko. Kiedy nikt nie odpowiada wchodzi do środka. Cały pokój jest zadymiony i Louis już ma krzyczeć, gdy widzi, jak Zayn odpala fajkę wodną.

- Co do chuja?! - mówi, a ten marszczy brwi. - Ścisz, kurwa, tą muzykę, jest alarm! Przeciwpożarowy!
- Co mówisz? -krzyczy Zayn i zaciąga się. Przyjemny zapach rozchodzi się po pomieszczeniu.
- Zayn, kurwa - Louis odłącza magnetofon - cały szpital ewakuowano - mówi cicho, ale poważnie, choć chce mu się śmiać. No przecież...
- Nie... - Zayn zamiera, po czym patrzy na fajkę wodną, na Louisa i znów na fajkę wodną. - Jak bardzo mam przejebane? - próbuje otworzyć okno, ale jego dłonie drżą. 
- Uspokój się, jestem pewien, że Liam jakoś to załatwi.
- Co ja? Dlaczego wciąż tu jesteście? - odzywa się ordynator, stojąc już w pełnej gotowości do ewakuowania nawet kosmosu, jeśli zagrażałoby to życiu jego oddziału. W pomieszczeniu nastaje cisza. Zayn nie patrzy już na nikogo, nawet nie próbuje ukryć unoszącego się dymu. Liam zaczyna rozumieć, myśli Louis i mało nie płacze ze śmiechu, widząc jego minę,

- Skąd to masz? - jest pierwszym, o co pyta, ale Zayn milczy.
- Skąd on to ma? - zwraca się teraz do Louisa, brzmi na zdenerwowanego. 
Louis unosi ramiona. - Nie mam pojęcia, przecież mu tego nie dałem, wiem, o czujnikach! - bulwersuje się na myśl, że Liam go oskarża.
- Więc kto? Zayn, przez Twoją głupią zabawę cały ośrodek poniesie szkody. Ewakuowano ponad 300 osób! - krzyczy, a wtedy do pomieszczenia wchodzi jakiś strażak. Rozmawia z Liamem przez chwilę, podczas gdy Louis próbuje uspokoić winnego. Bezskutecznie.

~*~

- Więc to Zayn wzniecił pożar? - pyta Harry, kiedy kilka godzin później pozwalają im wrócić do swoich pokoi. Louis przytakuje i pomaga Harry'emu zapiąć sweter. 
- Nie do końca pożar - poprawia się Louis - wszedłem tam, a on palił fajkę wodną - mówi zwyczajnie, a Harry się wzdryga. - Liam chce go teraz za to ukarać, ale ten nie chce powiedzieć, jak ją zdobył. Nawet mi. - śmieje się.  - To było nawet zabawne, Peterson jest wściekły, ale odkryli jakieś nieszczelne rury, dzięki czemu mogą to naprawić zanim usterka się powiększy. Szczęście w nieszczęściu. - komentuje.
- Um, Louis? - mówi Harry, gdy ciągnie go na bujany fotel. - To moja wina.
- Co Ty mówisz, kochanie? Nawet Cię tam nie było.... - nie próbuje nawet zrozumieć.
- Ja... dałem mu tę fajkę - krzywi się, mając nadzieję, że Louis się nie zdenerwuje.
Milczą przez chwilę, po czym Louis wybucha śmiechem.
- Poważnie? Harry, przecież wiesz, że tu są czujniki!
- Ale... dostał ją na urodziny, miał korzystać, jak wyjdzie. Może...to była chwila słabości? Każdy je ma. - szepcze, czując się winnym.
- Hej, wszystko dobrze, nie martw się tym.
- Ale szpital...
- Mają na to fundusze.
- Jestem głupi - mówi smutno, a Louis głaszcze go po plecach. 
- Nie jesteś. Chcesz o tym porozmawiać?
- O czym?
- O tym, co Cię trapi.
- Skąd...
Louis całuje jego skroń. To jakby rozwiązuje mu język.
- Czuję, że Cię zawiodę...
- Dlaczego tak myślisz? Nie sądzę, byś mógł. - odpowiada szczerze Louis.
- Co jeśli nie wyjdę tak szybko? Nie możesz żyć z kimś, kto jest...
- Nie chcę nikogo innego, więc cóż, będę żył. - mówi szorstko - przepraszam, po prostu... mógłbyś we mnie uwierzyć? Wiem, że wiara w samego siebie to trudna sprawa, ale spróbuj uwierzyć chociaż we mnie.
Harry przytakuje niemo. Nie zdąża jednak odpowiedzieć, bo do pokoju ktoś wchodzi. Początkowo ogarnia ich panika, a Harry zeskakuje z kolan Louisa, jednak kiedy słyszy chichot dzieci, wie, że to rodzina jego chłopaka.

- Mamo, dotarliście! - cieszy się Louis i zaprasza ich bliżej. Harry ma w kącie postawiony stolik i cztery krzesła. Jay kładzie torby na jednym, po czym pochodzi do nich bliżej.
- Harry, to moja mama, mamo to Harry, te dwa urwisy to Doris i Ernest - przedstawia ich sobie, gdy maluchy próbują okiełznać Dusty.
- Bardzo miło Cię poznać, Harry, słyszałam o Tobie wiele dobrego - mówi Johannah, a Harry się zawstydza.
- Panią również, bardzo dziękuję.
- Mów mi Jay, czuję się wtedy bardziej cool. - żartuje, a on nie wie, czy powinien się śmiać.

Louis proponuje, że przyniesie herbatę, więc wychodzi na chwilę, głaszcząc uprzednio plecy Harry'ego w celu dodania mu otuchy. Jay nie jest nachalna, obserwuje zabawę swoich dzieci, wymieniając z Harrym małe uwagi.
- Louis zawsze chciał mieć dużo dzieci, mam na myśli - urywa - nigdy dotąd nie spotkał właściwej osoby, ale lubi dzieci..
- Ja...um - rozważa przez chwilę, czy powinien być tak bardzo szczery z matką Louisa i czy to nie powinna być jego decyzja, by ją o tym poinformować, ale to wypływa nagle - ja...mam dziecko... Nazywa się Rosie Anne. - mówi smutno.
- Och... ale jesteś taki młody? - mówi zdziwiona Jay i wtedy Harry postanawia po raz pierwszy z własnej woli opowiedzieć komuś swoją historię.

Kiedy Louis wraca, Harry jest wtulony w jego mamę i cicho pochlipuje. Jego oczy są zamknięte, ale łatwo stwierdzić, że daleko mu do zaśnięcia. Tomlinson posyła tylko mamie pytające spojrzenie, gdy ta niemo każde mu być cicho. Rozmawia więc z Ernestem i Doris o ich dniu w przedszkolu. Nie wie, co tak naprawdę się stało. Kiedy kilka godzin później odprowadza swoją rodzinę do wyjścia, rodzicielka szepcze mu coś na ucho.

- Myślę, że brakuje mu mamy. Będę przychodzić częściej. 

 I Louis nie mógłby jej kochać mocniej, niż robi to właśnie teraz.

~*~

Mija kilka tygodni. Sytuacja w klinice wydaje się poprawiać, nawet dyrektor jest zadowolony z prac remontowych jakie poczyniono. Liam przebywa obecnie na urlopie, a Louis zastępuje go w podstawowych obowiązkach, co oznacza tyle, iż jest w szpitalu dwadzieścia cztery godziny na dobę. Inni lekarze mu współczują, jednak oni nie wiedzą, że ma powód do bycia tutaj tak często.

Jego powodem jest Harry. Harry, który kilkanaście dni po przesłuchaniu, jakie odbyło się w towarzystwie lekarzy z ministerstwa, jest w stanie rozmawiać o swoim życiu bez napadów paniki. I nawet jeśli Louis nie przypisuje sobie tego sukcesu, młodszy wie, że to dzięki niemu. Dzięki niemu i jego mamie, która odwiedza go w każdej wolnej chwili. Przeważnie wtedy, gdy Louis nie może lub jest zajęty innymi obowiązkami w pracy, bo cóż, ma przecież też innych pacjentów. Harry to rozumie i nie jest na niego zły. Marzy o tym, by też pewnego dnia spełniać się w swojej wymarzonej pracy. I nawet jeśli pewnego razu napomyka o tym Jay, ta obiecuje zachować to w tajemnicy.

- Cześć, jesteś Harry, prawda? - niska blondynka o brązowej karnacji wychyla się zza drzwi. - To musisz być Ty, w takim kimś mógłby zakochać się mój brat - wchodzi nie czekając na potwierdzenie i Harry musi przyznać, ma w sobie coś z Louisa.
- Jesteś Lottie - mówi, po czym posyła jej uśmiech. - Wiele o Tobie słyszałem. - podaje jej rękę, a ona odwzajemnia gest.
- Chciałam Cię w końcu poznać osobiście, moja rodzina zwariowała na Twoim punkcie - żartuje, przez co Harry nieznacznie się rumieni.
- Twoja rodzina jest dla mnie bardzo miła, nigdy nie będę mógł się odwdzięczyć... - urywa, bo drzwi uchylają się po raz kolejny i do pokoju wchodzi Louis.
- Cześć, kochanie - mówi, patrząc w swój notes - Lottie? Co tu robisz?
- Tak wita mnie mój kochany brat - jęczy dziewczyna. - Urwałam się ze szkoły, nie mów mamie.
- Lotts!
- Chciałam poznać Harry'ego, winisz mnie? Po tej sesji rozmów w sobotę... - Louis zasłania jej usta, a Harry nagle staje się bardziej ciekawy niż kiedykolwiek dotąd.
- Rozmów?
- Rozmawialiśmy tylko o tym, że jesteś cudowny - całuje go miękko, na co Lottie wydaje dźwięk obrzydzenia. 
- Przyniosłam Ci kilka magazynów o modzie, w jednym z nich jest też wywiad z Zoellą!
- Z Zoellą? - piszczy Harry  - uwielbiam ją!
- Naprawdę?! Ja też! - śmieje się Lottie, a Louis przewraca oczami i zostawia ich samych. Jest pewien, że nawet nie zauważą jego nieobecności.

~*~

Sala rozpraw wydaje się tętnić życiem. Jest tam Jay i Lottie, a nawet Fizzy, której udało się ubłagać matkę, by pozwoliła jej uczestniczyć przynajmniej w tej części procesu, w którym nie wystąpią niecenzuralne treści. Są tam dla Harry'ego. Louis też jest. Siedzi obok chłopca, jako jego lekarz, a wkrótce jako chłopak, myśli Louis, a może nawet narzeczony. Jeśli tylko Harry się zgodzi.

Mamo, poślubię go, pewnego dnia oświadczę mu się i wezmę go w podróż jego życia, chcę, by wszystkie chwile, jakie staną się jego codziennością odkąd jest ze mną, były czymś więcej niż tylko wspomnieniami. Chcę, by był najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, by czuł się kochany i ważny, by rozumiał, jak wiele dla mnie znaczy. Zrobię to pewnego dnia, stanę z nim na ślubnym kobiercu i wsunę obrączkę na jego palec, potem dam mu dzieci, kupimy dom z ogrodem, a Ty będziesz najwspanialszą babcią pod słońcem. Obiecuję - szepce Louis pewnego chłodnego wieczoru podczas rozmowy ze swoją matką.

Harry siedzi spięty, przetwarzając wszystko raz jeszcze. Wie, że nie musi zgadzać się, by zeznawać, ale wie też, że może odnieść tym większy sukces. Taśma z jego przesłuchaniem leży w brązowej kopercie na biurku sędziego. Mimo wszystko ma jeszcze kilka minut na podjęcie decyzji. Jego dłonie drżą, dlatego zaciska je mocno na drewnianej ławce.

- Wszystko dobrze, kochanie? - szepcze mu na ucho Louis, a chwilę później ich spojrzenia krzyżują się.
- Nie wiem, nie wiem, czy dam radę, Lou - mówi cicho. Nie chce, by Ci ludzie wiedzieli, co czuje, nie chce, by wiedzieli, że jest słaby. Jest tam też Nick Grimshaw i Harry z trudnością stara się nie patrzeć w jego stronę. Cierpi na samą myśl, że ten człowiek jest w tym samym pomieszczeniu, co on i Louis.

- Proszę wstać! Sąd idzie! Sprawę prowadzi... - okrzyk zostaje poprzedzony głośnym gongiem, jednak nie to jest teraz ważne. Louis przysuwa swoje usta do ucha Harry'ego i wypowiada kilka słów, które dają Harry'emu siłę na walkę o swoje. Teraz jest pewien, nie byłby tutaj bez pomocy Louisa i wszystko, co zamierza robić do końca swoich dni to dbać o osobę, którą przeznaczenie postawiło na jego drodze.

- Kocham Cię i wiem, że sobie poradzisz. Po prostu to wiem, Haz. 

Rozdział 6. - Green tea




Link do masterposta: KLIK

Droga do pracy jest cicha, przerywana sporadycznym chichotem pochodzącym z radia. To pewnie jedna z tych audycji, które Liam zawsze słucha w swoim gabinecie. Louis nie może go tak naprawdę winić. Sam jest fanem stacji BBC i ich programów. Opiera głowę o szybę i zamyka oczy, próbując złapać jeszcze kilka chwil snu zanim dotrą do szpitala. Liam zatrzymuje się jednak na stacji paliw i kupuje dwie kawy oraz jakieś rogaliki. Jedzą w ciszy, niespecjalnie skłonni do rozmów po takim wieczorze. Są już naprawdę blisko wjazdu na parking, gdy Louis decyduje się odezwać.
- Stary, naprawdę dzięki za pomoc. Jestem Twoim dłużnikiem. Nie wiem, co mogłoby...
Liam macha tylko ręką, posyłając mu uśmiech. - Następnym razem po prostu weź ze sobą swojego chłopaka, będzie miał na Ciebie oko. - żartuje, choć Louis wie, że tylko po części.
- Z pewnością tak zrobię – śmieje się cicho, przypominając sobie, że po pierwsze tak naprawdę nie wie, kiedy Harry wyjdzie, a po drugie Harry nawet nie jest jego chłopakiem. Są w jakiejś dziwnej relacji lekarz-pacjent, osłoniętej buziakami i masą tajemnic, i co najlepsze, Louis nie chce tego tracić i jest prawie pewien, że Harry też nie. Musi jednak przestać o tym myśleć, gdy Liam parkuje w wyznaczonym przez administrację miejscu i wysiada z auta.
- Idziesz? - pyta.
- Tak, jasne, zamyśliłem się – kłamie, choć tak naprawdę nie jest gotowy na stawienie czoła rzeczywistości. Nadal czuje się okropnie winny (i nie mówcie tego Liamowi), ale żałuje, że tam pojechał. To naprawdę mogło się źle skończyć.

~*~
Na oddziale jest wyjątkowo spokojnie, to prawie pora obiadu i Louis jest wdzięczny, że imprezował z Liamem, bo w innym przypadku już dawno straciłby pracę. Przebiera się w fartuch i zerka w grafik, zdając sobie sprawę, że od 15 minut ma spotkanie ze swoimi podopiecznymi. Nie spogląda nawet do lustra zanim biegnie na drugi koniec korytarza, gdzie znajduje się pomieszczenie z krzesłami ustawionym w okrąg. Na jednym z nich, nie ma wątpliwości, siedzi Harry. Już ma łapać za klamkę, gdy przypomina sobie, że obiecał mu być tu z samego rana. Wzdycha ciężko i wchodzi do środka. Wita go gwizd Zayna i wtedy wszystkie oczy kierują się właśnie na niego.
- Okej, okej! - Louis podnosi ręce. - Przepraszam za spóźnienie – ludzie wydają się być rozbawieni, jednak on skupia się tylko na jednej osobie. Harry nawet na niego nie patrzy. Louis przełyka gulę w gardle i kontynuuje.
- Miałem rano małe kłopoty, ale to się więcej nie powtórzy – mówi poważnie. - No więc… jak się dzisiaj macie?
Po serii bezsensownych odpowiedzi, jakie otrzymuje Louis, przychodzi czas na Harry'ego i Louis z całej siły stara się nie podejść do niego i nie przytulić jego rozsypanych kawałków. Wie jednak, że z tym musi poczekać do czasu obchodu i zaciska rękę w pięść. - Harry? Chciałbyś się z nami czymś podzielić? - pyta delikatnie, gdy dostaje w odpowiedzi tylko ciszę.
- Niespecjalnie – mruczy pod nosem i może Louis drążyłby temat, ale jako lekarz psychiatrii wie doskonale, że nie powinien, nie teraz.
- Dobrze, Harry. - wzdycha ciężko – Zayn?
- Jestem team Harry – wyjaśnia chłopak, a Louis uśmiecha się delikatnie.
- Skoro nie chcecie nic mówić, ja Wam coś opowiem. To było kilka lat wstecz, kiedy moja młodsza siostra Daisy przyszła do mnie z płaczem. Miała może 7 lat i wielkie niebieskie oczy, które patrzyły na mnie jak na autorytet. Wziąłem ją na kolana i spytałem co się dzieje. Nie chciała nic powiedzieć, podobnie jak wy. Milczała, tuląc się do mojej piersi przez pół wieczora. Przez to spóźniłem się na swoją pierwszą randkę w życiu – śmieje się sam do siebie – i tak była niewypałem. Mówiąc jednak o Daisy - wtedy zrozumiałem, że człowiek czasem potrzebuje drugiej osoby, ale nie do rozmowy, czy pouczania go, jak ma żyć i jakie decyzje postępować. Każdy czasem potrzebuje poczuć obecność tej drugiej osoby, jej wsparcie i zainteresowanie. I chcę żebyście wiedzieli, że macie to wszystko we mnie, że jestem tu dla Was tak samo, jak byłem tego wieczora dla Daisy. Jesteście ważni, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej - kończy przemówienie, mając nadzieje, ze Harry go słuchał. Miał to na myśli i nawet jeśli trochę bardziej dla Harry'ego niż reszty, nikt nie musi o tym wiedzieć.

~*~
- I jak było? - pyta Zayn, gdy Louis wchodzi do jego pokoju.
- Tobie też dzień dobry – śmieje się lekarz, gdy siada obok Zayna na podłodze. - Szczerze? Jak bardzo ssie, że skończyłem przyparty do ściany z obcymi ustami na moich?
- Ooo. Stary! Gwizdanie nie poszło na marne – żartuje, ale Louis posyła mu spojrzenie. - dlaczego to zrobiłeś?
- Nie zrobiłem, ocknąłem się w mieszkaniu Liama.
- Co?
- Och, nie patrz tak na mnie, zebrał mnie z podłogi i zawiózł do siebie.
- Więc... jak?
- Serio, Zayn?
- Chyba nie sądzisz, że ktoś Ci coś dosypał?
- Nie piję alkoholu, więc musiałem być na haju. - wzrusza ramionami – ale wiesz co jest najgorsze? To poczucie winy, które mnie ssie odkąd się obudziłem. Mogłem tam nie jechać.
- Panie doktorze, jest pan dziś bardzo wylewny – żartuje ponownie Zayn. - Powinieneś to zgłosić, skurwiele przeszukają lokal i może kogoś to uratuje.
Louis kiwa głową, ale sam nie wie. Musi porozmawiać o tym z Harrym.
- Muszę iść, mam jeszcze kilku pacjentów. A… Zayn?
- Yeah?
- Liam lubi też kutasy – i z tym wychodzi. Pozwala sobie jednak postać chwilę pod drzwiami, obserwując przez szybę uśmiech na twarzy chłopaka. Zrobił choć jedną dobrą rzecz. Choć jedną.

~*~
Ludzie są dziś marudni i Louis ich nie wini, sam ma gorszy dzień, więc pozwala im robić, co chcą. Czuje się beznadziejnie w tej roli, ale wie, że musi najpierw uwikłać się z samym sobą i z tym, co chodzi mu po głowie. A to się nie stanie dopóki nie pomówi z Harrym. Jest naprawdę późno, gdy staje pod jego drzwiami. Cicho wchodzi do środka, a widok jaki zastaje, zapiera mu dech w piersiach. Harry leży na łóżku, jego oczy są zamknięte, a wyraz twarzy wskazuje na to, że śpi, na jego podołku gramoli się Dusty, prosząc o odrobinkę uwagi. Wszystko jest takie kompletne, takie idealne, jakby ten chłopiec z rozsypanymi puzzlami, jakim jest Harry, nigdy nie istniał. Louis podchodzi powoli do łóżka i zabiera kotkę z ciała Harry'ego kładąc ją w jej siedzisku. Nie szczędzi jej kilku uścisków zanim to robi. Jednak chwilę później zrzuca buty i kładzie się obok chłopca, nakrywając go pluszowym kocem. Nawet nie wie, kiedy zasypia.

Budzi go ruch i już ma ochotę zacząć krzyczeć na Lottie, która co rano wpada do jego pokoju po jakąś inną bluzę - nie wińcie jej, jakaś nowa moda, czy coś – gdy zdaje sobie sprawę, gdzie jest. I co najważniejsze – z kim jest. Powoli przyzwyczaja oczy do światła, które dociera prosto z wysokiej lampki nocnej, którą Harry dostał jakiś czas temu od kogoś z rodziny. Louis nie chciał naciskać. Wie, że nastolatek wyjawi mu swoje sekrety, gdy będzie gotów. Cichy głos wyrywa go jednak z myśli.
- Jesteś tu… - szepcze Harry spokojnie i bez żadnej obawy.
- Tęskniłem za Tobą, przepraszam za – młodszy kładzie palec na jego ustach, by go uciszyć, po czym delikatnie go całuje.
- Ja tęskniłem bardziej. I nie gniewam się. Wiem, że masz… tam życie. Poza tym – kręci oczami dookoła pokoju. - Wiem, że muszę to zrozumieć. Dużo o tym myślałem. Ufam Ci. - i to ugadza Louisa najmocniej. Nie ma jednak serca przerwać tego monologu. Jego chłopiec dawno nie mówił tak wiele za jednym razem.
- Louis, jesteś tu?
- Tak, kochanie – mała łza opuszcza kącik jego oka i Harry zaczyna się peszyć. Nie wie, co zrobił źle, ale zanim może wciągnąć się w poczucie winy, Louis go całuje, mocno i dosadnie, tak, by wiedział, że wszystko jest z nimi w porządku. Lub będzie. Ewentualnie. W przyszłości.

Kiedy emocje opadają, a głowa Harry'ego spoczywa na klatce piersiowej Louisa, młodszy nagle się odzywa.
- Liam tu był… Em...kiedy spałeś. - mówi powoli, a Louis drętwieje. Widział ich. Nie chce jednak pokazać po sobie paniki.
- Coś mówił? - pyta delikatnie, jednak Harry podnosi się i patrzy mu w oczy. Są naprawdę niczym bratnie dusze, wiedzą bez słów, gdy coś jest nie tak.
- Że mam Ci skopać tyłek za spanie na dyżurze i że on obejmie wartę, jakby co. - uśmiecha się. - Jak było na… no wiesz.. - drapie się po głowie – imprezie? Opowiesz mi?
Louis znów drętwieje, tym razem przez nadmiar emocji, jednak skina głową i ciągnie Harry'ego na ich fotel, okrywa kocem i mocno tuli.
- Żałuję, że tam pojechałem, ale nie mów Liamowi, ani nikomu. - wzdycha, a Harry patrzy na niego podejrzliwie. - Powiedziałeś, że mi ufasz, a ja… chcę być z Tobą szczery, dobrze? To trudne, bo naprawdę nie chcę dokładać Ci zmartwień. I tak właściwie powinienem pomóc Ci rozwiązywać Twoje…
- Louis. - mówi miękko chłopiec, po czym patrzy na swoje różowe paznokcie. - Dam radę, po prostu mi powiedz.
- Dobrze...wow. - nabiera powietrza do płuc. - Po tym jak zasnąłeś, pojechałem pod adres, który wysłał mi Liam, okazało się, że to był jakiś klub, wiesz, drinki, spocone ciała… - kontynuuje, gdy zdaje sobie sprawę, że Harry prawdopodobnie nigdy w takim nie był, przez co sam się spina. - Przepraszam, jestem idiotą, ale… co Ty na to, że kiedyś Cię do takiego zabiorę? - pokazuje mu mały paluszek.
- Obiecujesz?
- Obiecuję – mówi słodko, po czym składa całusa na skroni Harry'ego, czując jednocześnie, jak mały paluszek chłopaka zaciska się na jego własnym. Pinky promise.
- Co było dalej?
- Liam zaproponował mi drinka, ale ja nie piję alkoholu pod żadną postacią, dlatego wziąłem z baru jakiś sok i poszedłem do towarzystwa. Nawet nie tańczyłem zbyt dużo, choć zwykle to uwielbiam – śmieje się cicho – potem… urywa mi się film. Pamiętam tylko, jak ktoś odciągał pijanego kolesia ode mnie, myślałem, że to byłeś Ty, krzyczałem Twoje imię, potem straciłem przytomność. Obudziłem się w mieszkaniu Liama dopiero w południe.

Harry zasłania usta – Dlatego się spóźniliście? - pyta, a Louis potwierdza skinięciem głowy. - Przepraszam, Harry, nie chciałem…
- Nie bądź głupcem, Louis. - mówi ostrzej chłopak i Louis dałby sobie rękę obciąć, że widzi taką emocję u Harry'ego po raz pierwszy. - Powinieneś to zgłosić. Skrzywdzili Cię. Dodali Ci GHB! - prawie krzyczy i Louis z ledwością opanowuje jego wściekłość.
- Hej, hej, spokojnie, jestem cały, nic mi nie zrobili. - przytula Harry'ego do swojej piersi, gdy ten zaczyna płakać.
- Nie..nie chcę byś..tam chodził… - chlipie cicho, a Louis przeczuwa, że Harry zna działanie tabletki gwałtu nie tylko ze szkolnych podręczników, a raczej z autopsji.
- Już wszystko dobrze, nic mi nie jest i nie pójdę tam więcej… nie płacz, proszę. - mówi uspokajającym głosem, jednak nie spodziewa się tego, co usłyszy za moment.
- Nick mi je dawał, gdy uciekałem z domu, mówił, że...że każdy je bierze, by lepiej się czuć. Ale ja potem nie czułem nic, Louis, nie czułem nic! - krzyczy, gdy łzy zalewają jego twarz – Dopiero następnego dnia, gdy mama, mama wszystko zobaczyła, wyrzuciła go z domu! On wrócił.. on… - nie jest w stanie poskładać słów do kupy, więc Louis prosi by przestał i trzyma go mocno w ramionach dopóki ten nie usypia zmęczony płakaniem.

Louis wychodzi z jego pokoju o piątej nad ranem, gdzie za kilka godzin powinien być z powrotem w pracy. Liam siedzi przy biurku i coś notuje.
- Mogę przeszkodzić? - pyta zdystansowany, na co ordynator podnosi wzrok i odkłada długopis.
- Więc to miałeś na myśli mówiąc, że Twoja druga połówka nie może z nami być? - pyta bez cienia emocji na twarzy, a Louis rumieni się.
- Nie wiem, co myślałem, po prostu…
- Louis, obserwuje Was od kilku tygodni, sam jesteś tutaj ponad kilkanaście, nie jestem Twoim wrogiem, ale naprawdę myślisz, że to jest dobrym pomysłem?
- Słuchaj, ja… przepraszam, ale możemy pomówić o tym innym razem? Harry mi się z czegoś zwierzył i myślę, że to jest kluczowe nie tylko w jego sprawie, ale i w sprawie Nicka.
- Czekaj, zaparzę nam herbatę i pogadamy.
- Zrobisz mi zieloną?
- Ty też? - przewraca oczami na to pytanie, ale wyciąga właściwie opakowanie i kilka saszetek brązowego cukru. Gdy kubki zostają umieszczone na ławie, a para unosi się w powietrzu, Louis zaczyna.
- Opowiadałem mu o wczorajszym wieczorze i gdy dotarłem do momentu z tabletką gwałtu, rzucił mi medyczną nazwę tej substancji, nie sądzę Liam, by znał to z książek… Ale co istotne, zaczął płakać, mówił, że Nick mu takie dawał, gdy uciekał z domu, że jego mama to odkryła i wyrzuciła Nicka i on wrócił, by się zemścić… ale…. Jak to go wyrzuciła? W jaki sposób do cholery są spokrewnieni?
- Nie są… to znaczy nie do końca – mówi zainteresowany Liam. - Nick jest synem byłego męża Anne. Kiedy Rafael zmarł, Nick przeszedł pod jej opiekę. Ze względu na ślub i jakieś tam aspekty prawne. Wychowywał się z Harrym i Gemmą, jego siostrą. Potem wszystko zaczęło się sypać…
- Co to znaczy zaczęło się sypać? Wiesz co Liam? To otwiera nowy trop w tej sprawie… Harry nigdy nie mówił, bo nikt go nigdy nie słuchał, On nie jest chory, on się po prostu boi, rozumiesz?
Liam przełyka ciężko ślinę. - Sugerujesz, że…
- Kurwa… - szepce do kubka herbaty – jestem prawie pewien, że Nick stoi za tymi morderstwami z akt. Popatrz, miał motyw, o którym prokurator nawet nie wiedział, bo Harry nic nie zeznał. Poddał się, bo nikt w niego nie wierzył… Nikt mu nie został.
- Właściwie… jego siostra przeżyła.
- Co?
- Przychodzi tutaj czasami, gdy Harry ma spokojne dni.
- Dlaczego o tym nie wiem?
- Prosiła o maksymalną dyskrecję, jest sławna, to dzięki niej Harry ma dostęp do tylu rzeczy.
- Jest sławna i bogata, a nie może go stąd wyciągnąć?
- Prawo jest żelazne, Louis… zwłaszcza w przypadku morderstw.
- Ona wie, że on tego nie zrobił, prawda?
Liam wzrusza ramionami, ale Louis wie, że ten podziela jego zdanie.
- Kurwa, kocham tę klinikę. Pomogę mu Liam, zobaczysz. To wszystko będzie prostsze, potrzebuje tylko czasu.
- Mówiąc o czasie… Ed jutro wychodzi.
- Poważnie? Dostał zgodę? - uśmiecha się.
- Czytałem Twoje raporty, komisja także się zgodziła, jest zdrowy. To wyjście na próbę, ale myślę, że poradzi sobie. Będzie go tu trochę brakować… mimo wszystko.
- Cholera! To wspaniale. Czy to znaczy, że dostanę kogoś nowego?
- Prawdopodobnie, ale nie ekscytuj się… to może nie być pan milusiński, jak Harry.
- Spadaj – rzuca w niego poduszką, a Liam się śmieje.
- Chcesz się zdrzemnąć? Idź, ja tu trochę posiedzę.
- Z chęcią, Payne, dzięki za uratowanie mojego cennego tyłka. - mruczy.
- Louis?
- Tak?
- Dlaczego pozwoliłeś Zaynowi Malikowi pomalować ścianę? - pyta zaciekawiony.
- Ach, to… ma talent prawda? I jest przystojny!
- Tak, tak, ale co to ma do rzeczy?
- Ha! Wiedziałem, że go lubisz. Nie złość się o tę ścianę, wygląda teraz o niebo lepiej, powinieneś pójść tam jutro i go pochwalić.
- Louis, nie wiem, co ty kombinujesz…
- Dobranoc, ordynatorze.
- Dobranoc, idioto.
- Słyszałem to!

~*~
Kiedy Ed wychodzi, wszyscy zbierają się w sali rozmów i życzą mu powodzenia. Jest tam też Harry, trzymając w rękach kopertę, którą podaje rudemu chłopakowi. Prawdopodobnie w ramach podziękowania lub na nowy start, myśli Louis. Dzięki temu uczy się nowej rzeczy o Harrym – jest bardzo hojnym chłopakiem. Pan doktor przecież podejrzewa, że to nie tylko kartka okolicznościowa z dużym napisem 'Wszystkiego dobrego, Ed!', dlatego zapisuje sobie notatkę w głowie, by zapytać o to później. Jest kilka osób, które płaczą. Szczególnie Jade, mająca ostatnio ma problem z utrzymaniem emocji na wodzach w stresowych sytuacjach. Taylor śpiewa coś z boku dla Eda, ale tak naprawdę nikt jej nie słucha. Zayn macha mu na pożegnanie, prosząc, by wziął jeden z jego obrazów. Wszystko jest dobre, ale tak bardzo złe. Ed wychodzi, ale reszta zostaje. Bóg wie, na jak długo.

- Cześć, kochanie – mówi Louis, gdy wchodzi do jego pokoju bez pukania – och, nie wiedziałem, że masz… gościa. - Patrzy na dziewczynę, która jest całkowitą kopią Harry'ego, tylko z prostymi włosami i nieco innym kolorem oczu. I jest zdumiony. - Wow – szepcze, a Harry się śmieje cicho. - Przyjdę później – dodaje szybko, wiedząc, że ta dwójka patrzy na niego.
- Zostań, to Gemma, moja siostra.
- Louis Tomlinson, nowy lekarz Harry'ego – podaje jej rękę – Po prostu Louis.
- Witaj, Louis. Wiele o Tobie słyszałam – mówi, a Harry udaje, że na niego nie patrzy. - Och, tak? Bo ja o Tobie nie. - mówi uprzejmie, a dziewczyna unosi kącik ust. - To moja prośba, chcę pozostać maksymalnie dyskretna. Nie chcę, by media rozdmuchały tę sprawę. - tłumaczy.
- Tak, oczywiście – odpowiada Louis, choć myśli całkiem, co innego. - Spędźccie trochę czasu razem, wpadnę po obiedzie zobaczyć, jak się masz, okej? - mówi do Harry'ego, a ten skina głową.
- Miło było Cię poznać, Louis – mówi Gemma, a on odwzajemnia te słowa, mając nadzieje, że ta znajomość pomoże mu rozwiązać sprawę Harry'ego.

Po powrocie do gabinetu prosi ochroniarza przez pager, by zatrzymał Gemmę Styles, gdy będzie wychodziła z budynku. Chce jej zadać pytanie. Wie, że powinien to zrobić. Nie musi długo czekać, gdy dostaje sygnał od Petera i zjeżdża windą na parter.
- Louis? Coś z Harrym?
- Mógłbym odprowadzić Cię do samochodu? - pyta uprzejmie. - Chciałbym o czymś pomówić.
- Jeśli chcesz, proszę.
- Jestem lekarzem Harry'ego od kilku miesięcy, ale…
- Wiem, kim jesteście dla siebie. Policzki Harry'ego to zdradzają za każdym razem, gdy o Tobie mówi. Nie mam nic przeciwko, tak długo jak on jest szczęśliwy.
- Myślisz, że można być szczęśliwym w takim miejscu? - Louis prawie kipi ze złości.
- Miałam na myśli…
- Słuchaj, Gemma, wiem, że Harry nie zabił Waszych rodziców i zdaje sobie sprawę, że Ty też to wiesz. Dlaczego pozwalasz sobą manipulować? Co do cholery ma na Ciebie?
- Louis..
- Nie, Gemma, serio! Jeszcze kilka lat w ośrodku i z Twojego brata nie zostanie nic. Pewnego dnia wjedziesz na nasze piętro, a on się do Ciebie nie odezwie słowem. Bo to go właśnie czeka w tym miejscu. Czym szantażuje Cię tamten człowiek?
- Ja… ja nie mogę powiedzieć… nikt nie może się dowiedzieć…ja nie chciałam potrącić tej dziewczynki, ona weszła mi pod koła, ja..hamowałam! - zaczyna płakać, a Louis łapie ją w ramiona, bo przecież wie jak. Harry wielokrotnie rozsypywał się na kawałki na jego oczach…


I może zabrzmi to bohatersko, ale doskonale wie, jak poskładać ich w jedną spójną całość. Tak, by rozsypane kawałki stały się zamazaną przeszłością. I zrobi to. Wkrótce.  
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka