Pokazywanie postów oznaczonych etykietą larry stylinson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą larry stylinson. Pokaż wszystkie posty

Green tea. - Rozdział 11.




Link do masterposta: KLIK

Życie na wolności wydaje się jeszcze dziwniejsze, niż Harry mógł sobie wyobrazić. Może robić te wszystkie rzeczy, których nie robił od lat i naprawdę nie wie, jak sobie z tym poradzić. Czasami płacze w poduszkę, nie chcąc, by Louis martwił się o niego. Ten jednak zawsze wie, kiedy chłopiec ma gorszy dzień i nawet jeśli znajduje go bałaganem, wspina się na łóżko tuż za młodym ciałem i przyciąga go w swoje ramiona, nucąc pod nosem ich ulubioną piosenkę. Ich wspólne poranki, wieczory i wyjścia na zakupy stają się rutyną. Mieszkają teraz z rodziną Louisa, co sprawia, że Harry czuje się piątym kołem u wozu. Nie wyobraża sobie jednak, że miałby wrócić do matki, kobiety, która nagle stała się dla niego obcym człowiekiem. Może jest trochę zrozpaczony tym faktem, ale nie daje tego po sobie poznać.

Leżą właśnie z Louisem zakopani w kołdrę, zegar wskazuje szóstą wieczorem, ich uśmiechy są leniwe, dzielą się drobnymi pocałunkami i muśnięciami w szyję.

- Wiesz? – zaczyna Harry, a żarówki w oczach Louisa zapalają się błyskawicznie. Jest coś w słuchaniu Harry’ego co nigdy mu się nie znudzi. Bez znaczenia, czy mówi tą samą rzecz trzeci raz. – Kiedy byłem w…no, wiesz, w ośrodku, zawsze zastanawiałem się, jak wygląda Twój pokój. Nigdy nie miałem odwagi spytać, sam nie wiem… A teraz, jestem tu z Tobą i…
- Och, kochanie. Ktoś tu ma czuły moment – Louis śmieje się cicho i przyciąga Harry’ego bliżej siebie. – To już ponad trzy miesiące. Jestem z Ciebie taki dumny.
- Ja nie jestem – odpowiada cierpko.
- Haz…
- Przepraszam – wzdycha – czuję się bezużyteczny, nie wiem, co mam ze sobą zrobić, Lou – jęczy, chowając twarz w zagłębieniu szyi swojego chłopaka. Nie chce znów się rozpłakać. To byłby piąty raz w ciągu trzech dni. Za dużo.
- Hej! Posłuchaj… - Louis siada i wskazuje Harry’emu by zrobił to samo. – Przeszedłeś przez piekło, byłeś przez lata w zamknięty ośrodku. Niesłusznie. – akcentuje mocniej ostatnie słowo – To oczywiste, że proces adaptacji do nowego otoczenia potrwa. – mówi spokojnie, ważąc słowa. Harry wpatruje się w niego z miłością. – Wiem, że to wszystko dla Ciebie trudne. Dlatego staram się, jak mogę żebyś…
- Kocham Cię…
- Co?
- Boże, tak bardzo Cię kocham, jestem takim szczęściarzem – rzuca się na Louisa i atakuje jego usta gorącym pocałunkiem. Ich ciała pasują do siebie idealnie. Starszy nie może doczekać się, by pokazać Harry’emu jak to jest dostawać coś, a nie tylko dawać i być branym. Ale wie, że musi poczekać. Przynajmniej tyle, by Harry czuł się swobodnie na wolności. Wie to.
- Powinienem pójść do pracy… Nie mogę tak po prostu tu mieszkać – mówi chwilę później, a Louis wywraca oczami.
- Oczywiście, że możesz, jesteś moim chłopakiem. I raczej do szkoły, skarbie – poprawia go i sięga pod łóżko, wyciągając kremową teczkę.
- Co to jest?
- Zobacz – siadają wygodnie, a Harry otwiera arkusz. Jest tam kilka kartek, jakaś pieczęć i logo uczelni w Londynie. Harry nie rozumie.
- Idziesz na studia? – pyta zaskoczony. Nie wie, co ma czuć.
- Nie, głuptasie. Ty. Ty idziesz na studia – wskazuje na wytłuszczone zdanie. - Harry Edward Styles – czyta, a młodszy stara się poskładać wszystko w całość.
- O czym Ty mówisz? Ja… ja nie składałem, nawet mnie nie stać żeby… - Louis całuje go miękko.
- Chcę żebyś był szczęśliwy, pozwól mi… pozwól mi sprawić, że tak będzie. Nie wybrałem kierunku, bo wiem, że myślałeś nad kilkoma, a teraz możesz podejmować decyzje sam. Czekają na mejla od Ciebie do środy.
- Louis… - Harry ma łzy w oczach.
- kocham Cię, po prostu. – odpowiada skromnie starszy i pozwala się całować przez kolejną godzinę.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Jest około dziewiątej, gdy po pokoju rozchodzi się pukanie.
- Louis? Harry? Mama woła Was na kolację – głos Lottie jest stłumiony przez grube drzwi.
- Dzięki Lots! – odpowiada Louis, po czym całuje miękko szyję swojego chłopca. Prawdopodobnie nigdy nie wyszliby z łóżka gdyby nie kolacja.
- Idziemy?
- Haz, to jeszcze nie wszystko. To nasza ostatnia wspólna kolacja…
- Słucham? – chłopak marszczy brwi, czuje jak narasta w nim panika.
Louis grzebie chwile w kieszeni bluzy, która wisi niedbale na oparciu krzesła. Do uszu Harry’ego dociera brzęk kluczy.
- Louis, nie rozumiem, o co chodzi? Wyjeżdżasz? – już prawie płacze. Louis kręci głową i prosi, by się uspokoił.
- To nasz nowy dom, Harry, nowy dom. – szepcze, a w głowie Harry’ego wszystko składa się w całość.
- Kupiłeś nam dom? – samotna łza opuszcza kącik jego oka.
- Właściwie to mieszkanie, na razie- nie udaje mu się dokończyć, bo jego ciało oplata drugie, te należące do chłopca. Do chłopca, z którym zamierza mieć wspólną przyszłość. W ich nowym domu. Już wkrótce.

Louis wchodzi na oddział nieco spóźniony. Liam stoi w gabinecie i przegląda jakieś raporty. Wydaje się być zaniepokojony, ale Tomlinson woli nie pytać. Przebiera się szybko i biegnie na obchód. Do swoich starych i nowych pacjentów. Cóż, na pewno nie do Harry’ego, który śpi teraz smacznie w jego łóżku, myśli i uśmiecha się pod nosem zanim wchodzi do pokoju Taylor.
- Dlaczego wciąż rozmawiamy o mnie, Louis? – jęczy dziewczyna, gdy po kilkunastu minutach sesji Louis jej nie kończy. Wziął sobie za cel pomoc tym ludziom i naprawdę chce to zrobić, ale nie może, kiedy ona zachowuje się w ten sposób.
- Co chcesz wiedzieć? – wzdycha zrezygnowany.
- Co u Harry’ego? – pyta od razu, a lekarz nie może powstrzymać się od przewrócenia oczami.
- Ma się dobrze, idzie niedługo na studia, zaczyna coś nowego, coś co mam nadzieje zaowocuje lepiej, niż jego poprzednie życie. – Taylor się uśmiecha i milczy przez chwilę.
- Napisałam o Was kolejną piosenkę!


Pokój Zayna jest ciemny. Okna zasłonięte są grubym, ciężkim materiałem, a Louis z ledwością dostrzega strumień światła, który przebija się w jednym miejscu, tworząc namiastkę szczęścia, której każdy pacjent szuka. Chłopak leży na łóżku, obrócony tyłem do drzwi, co jest zaskakującą nowością…
- Nie śpię, możesz usiąść – szepcze, a Louis robi dokładnie to, co powiedział.
- Wszystko w porządku? Skąd te zasłony? – pyta delikatnie, czekając aż Zayn się odwróci, ale to nie następuje.
- Było tu zbyt jasno, więc je założyli.
- Zayn, masz doła? Pytam jako przyjaciel, nie lekarz. – odkłada na bok notes i długopis. Zayn wzdryga się na szelest, ale powoli odwraca się przodem.
- I nie będziesz próbował tych swoich mądrych sztuczek? – pyta cicho, a Louis zgadza się skinieniem głowy.
- Więc co się dzieje? Nie malowałeś od tygodni, teraz to…
- Chcę stąd wyjść, chcę zabrać Liama na randkę, chcę żeby… - zasłania twarz rękoma.
- Czekaj, co? – Louis segreguje myśli. – Liama?
- Powiedział, że się zgodzi, ale dopiero…
- Dopiero kiedy stąd wyjdziesz – kończy Louis i uśmiecha się smutno. – Więc wyznaliście sobie uczucia? A co z jego…
- Z Sophią? – Louis jest zaskoczony, jak wiele się zmieniło. Wziął kilka tygodni wolnego, by być z Harrym, ale to nie jest to, czego oczekiwał. – Nie są już razem, ona wyjechała do LA…
- Punkt dla Ciebie, wciąż jesteś w mieście – żartuje Louis, a Zayn uderza go w ramię.
- Jesteś podły!
- Chciałeś przyjaciela, nie lekarza – pokazuje mu język.
- Więc co poradziłby mi lekarz? – pyta poważnie. I to chyba pierwszy raz, gdy to Zayn chce pomocy Louisa.
- Powiedziałby prawdopodobnie, że musisz zacząć brać swoje leki, a nie chować je w doniczce drzewka bonsai…i
- Co? S-skąd? – Zayn jest zaskoczony.
- Skąd wiem? Zayn… - uśmiecha się szyderczo.
- Nigdy tego nie zgłosiłeś! Dlaczego?
- Chciałem żebyś był gotowy, teraz chyba jesteś, prawda?
Zayn przytakuje niepewnie.
- Oprócz leków ważne są rozmowy. Jeśli chcesz innego lekarza nie ma problemu. – proponuje, jednak na twarzy Zayna pojawia się grymas. – Może chociaż spróbujesz? To Twoja decyzja. Ja mogę tu być, wiesz to.
- To już wszystko? – pyta chłopak, zaciskając palce na prześcieradle.
- Myślę, że najważniejsze przed Tobą, musisz uwierzyć w siebie i dać sobie szansę na wyjście z tego okropnego miejsca.
- Hej! Pracujesz tu!
- Wiem. – śmieje się – ale od drugiej strony to działa całkiem inaczej, uwierz. Mówię bardziej z perspektywy Harry’ego.
- Co u niego?
- Świetnie, przeprowadzamy się dzisiaj. – odpowiada z uśmiechem i rosnącymi na policzkach rumieńcami.

*

- To czternaste pudło, a moje ręce odmawiają posłuszeństwa – jęczy Louis, gdy siada na jednym ze schodków. Harry dołącza do niego i śmieje się pod nosem.
- Dlaczego jesteś dziś taki marudny? – pyta, a Louis udaje, że się obraził. – Ciężki dzień w pracy?
- Pamiętasz Jake’a? Jest okropnie pewny siebie, najgorszy typ pacjenta – wzdycha i otwiera puszkę z napojem. – Chcesz trochę? – podaje Harry’emu.
- Może powinieneś mu pozwolić? Być takim jakim chce… - mówi cicho, czując, że nie powinien jednak oceniać Louisa.
- Może masz rację, jutro tego spróbuję – całuje go miękko w policzek – powiedz mi raz jeszcze, dlaczego odmówiłeś firmie od przeprowadzek?
Harry się śmieje.
- W takim razie dlaczego nie wynajęliśmy stada mojego rodzeństwa do pomocy? – jęczy dalej, a Harry bierze w dłonie jego ręce i delikatnie je rozmasowuje. Na twarzy Louisa od razu pojawia się ulga.
- Rozluźnij się, jesteś spięty… nie możemy wprowadzać takiej atmosfery do naszego nowego domu – żartuje, a Louis czuje, że po części ma rację.
- Ile pudeł zostało?
- Około dziesięciu – szepcze lokaty, a w jego ustach brzmi to jak przyjemność.



Wieczorem prawie wszystko jest na swoim miejscu. Louis siłuje się jeszcze z biurkiem i komodą, które zamówił do jednego z pokoi, gdy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi.
- Harry, otworzysz?
- Tatuś! – Louis słyszy piskliwy głos trzyletniej Rosie i już wie, że Harry tuli ją do swojej piersi. Postanawia zostawić meble i dołączyć do swojej nowej-nietypowej rodzinki. Debbie siedzi przy stole w kuchni i masuje brzuch.
- Cześć, moi drodzy – wita się z gośćmi, po czym stawia wodę na herbatę. Rose nadal siedzi na rękach Harry’ego, który błyszczy jak najszczerszy diament. Louis uwielbia ten widok. Postanawia im nie przerywać i zaczyna rozmowę z kobietą.
- Przepraszam, że wpadłyśmy tak późno, ale mała nie dawała mi już spokoju – wzdycha, wyraźnie zmęczona.
- To w porządku, jesteście tu zawsze mile widziane, obie, a nawet cała trójka – wskazuje na brzuch z uśmiechem.
- Tak, cóż, dziękuję, czuję, że to będzie chłopiec, wiesz? To już naprawdę niedługo… - mówi sennie, a Louis wpada na pomysł.
- Harry, co Ty na to, by Rosie została u nas na kilka dni? Debbie odpocznie trochę…
- Debbie? – pyta Harry, nawet nie musi mówić, jak bardzo podoba mu się ten pomysł.
- Naprawdę? Chcielibyście? Nie mam dla niej rzeczy…
- Może kiedy Cię odwiozę, po prostu dasz mi parę ubrań i ulubione zabawki tego aniołka – mówi Louis, a Debbie zgadza się bez słowa.



Wciąż pozostaje kilka miesięcy do rozpoczęcia studiów przez Harry’ego. Mimo tego, Louis zawsze wydaje się być zainteresowany tematem i z każdych zakupów wracają z nowym notesem, książką, czy teczką na dokumenty. Jednego dnia Louis zamawia Harry’emu laptopa z najnowszym oprogramowaniem, bo takie są teraz najmodniejsze i chłopiec nie wie, jak ma podziękować. Louis widzi zawahanie w jego oczach, jednak chwilę później ustępuje ono miłości. I to jest to, co starszy kocha – sprawiać, by Harry był szczęśliwy i czuł się bezpiecznie.
- Zjemy chińszczyznę? – proponuje, siadając na kanapie obok swojego chłopaka. Harry próbuje ustawić coś w telefonie, gdy przerywa mu przychodzące połączenie. Nieznany numer. Wciąż jest nieufny, więc podaje Louisowi aparat, a ten bez chwili zwątpienia przesuwa zieloną słuchawkę.
- Czy rozmawiam z panem Harrym Stylesem?
- Przy telefonie – kłamie Louis.
- Panie Styles, mam do przekazania bardzo przykrą wiadomość. Pańska… To znaczy Debbie…
- Co z nią? – Louis podnosi się i krzyczy do telefonu.
- Przykro mi, zmarła podczas porodu. Krwotok wewnętrzny… więcej może przedstawić panu lekarz, jeśli zdecyduje się pan przyjechać…
- Co z dzieckiem? – blednie na myśl, jaka przebiega mu przez głowę. Harry próbuje zrozumieć, co się dzieje, ale panika go paraliżuje. Nie jest w stanie nawet nic powiedzieć.
- Proszę przyjechać, podam panu adres…



Szpital jest wypełniony ludźmi. Louis trzyma Harry’ego mocno, gdy przeciskają się przez tłum. Trochę czasu trwało wyjaśnienie chłopcu, co się stało i dlaczego. Nie jest dobrze, ale nie mogą pozwolić sobie na rozsypkę, nie teraz, kiedy los Rosie i możliwie narodzonego dziecka stoi pod znakiem zapytania.

Kobieta, która ich przyjmuje jest lekarką, która odbierała poród. Po raz kolejny składa kondolencje i tłumaczy, że zrobili wszystko, co w ich mocy. Niestety doszło do komplikacji i można było uratować tylko jedno z nich.

- Pańska… - mówi do Harry’ego, ale jest zmieszana, widząc, jak Louis ściska jego rękę, więc kaszle krótko i kontynuuje – Debbie przed porodem podpisała pewien dokument. Matki decydują się na to, gdy ciąża jest zagrożona, gdy pochodzi z gwałtu lub gdy wiedzą, że w rodzinie dochodziło do podobnych komplikacji…
- Ale mówiła, że wszystko jest w porządku, że czuje się dobrze – buntuje się Harry, a pani doktor zaciska usta w prostą linię.
- Nie chciała pana martwić, ale… była tylko na dwóch wizytach i to w pierwszym trymestrze, później niestety zaprzestała odwiedzać swojego lekarza ginekologa. – tłumaczy kobieta, a obaj, Louis i Harry są zaskoczeni.
- Po państwa reakcji widzę, że to coś, o czym nie wiedzieliście. To cud, że urodził się zdrowy.
- To…to chłopiec? – pyta ze łzami w oczach Harry.
- Tak, panie Styles. Ma pan syna. – mówi ciepło, a Harry płacze w ramionach Louisa. Obaj wiedzą, że nie jest jego ojcem, ale fakt, że Debbie ufała im na tyle mocno, by wpisać go w dokumencie jako drugiego rodzica świadczy o wielkich nadziejach, jakie w nich pokładała. Nie mogą jej teraz zawieść. Nie, gdy oddała życie za swoje dziecko…
Gdy Harry się nie uspokaja, pani doktor wychodzi, by dać im chwilę prywatności.
- Rose jest w pokoju dziecięcym na końcu korytarza – mówi spokojnie Louis – wiem, że jest ci ciężko, ale musisz… musisz wziąć się w garść Harry, masz dla kogo żyć. Ona potrzebuje Cię najbardziej na świecie właśnie teraz. Ten mały chłopiec też.
- Więc… nie jesteś zły? – ociera twarz.
- Zły? Skarbie, o co mam być zły?
- Dwójka dzieci? Serio, Louis? – śmieje się z ironią.
- Los ufa nam wystarczająco, by powierzyć w nasze ręce te dzieci. Boże, kochanie, posłuchaj. Wymyślimy coś, bo jesteśmy w tym razem, okej? – trzyma w dłoniach twarz Harry’ego. – Wiem, że to szybkie, zawsze myślałem, że będziemy mieć dzieci za jakieś kilka lat, ale cholera… przecież…

Do pokoju wchodzi pielęgniarka z dzieckiem. Jest zawinięte w rożek szpitalny, ma przymknięte oczka i jasnoniebieską czapeczkę.

- Nie mogę go oddać, Louis, tylko spójrz… nie mogę. – gryzie swoją wargę i trzęsie się. Chwilę potem obserwuje, jak Louis bierze zawiniątko na ręce, a jego serce wybucha z miłości.

Baby we’re a little different - one shot (Larry)



Pairing: Larry
Opis: Relacja Harry'ego z V festiwal. 
Inspiracja: smutny Harry, relacja świadka z V festival, rozmowa z Miką.
Muzyka: Emeli Sande - Read All About It (fragmenty w shocie)
Od autorki: Opublikowany na blogspot 20 sierpnia 2012 roku z dopiską: “Wiem, że jest właśnie 05:35 nad ranem, a ja mam totalny odlot. Przepraszam, musiałam to napisać. Teraz, już. Jak mi poszło możecie ocenić po przeczytaniu. Dzięki!” Generalnie to jest stara Nats. Obecna nie pisze smutnych rzeczy, a o śmierci nie ma nawet mowy. Enjoy... albo i nie. :/

~*~

Jestem tu, a wokół pełno ludzi. Nikt nie zwraca na mnie przesadnie uwagi, ale to chyba dobrze. Przynajmniej raz nie jestem w centrum zainteresowania. Zdecydowanie lubię ten stan. Stan, gdy mogę odpłynąć nie zważając na to, że ktoś mi zwróci uwagę. Jestem tu. Lou, jestem tutaj dla Ciebie.

Nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo chcę byś był teraz przy mnie. Nie zdajesz sobie nawet sprawy jak bardzo Cię potrzebuje. Ale zamiast Twojej kruchej postaci spoczywają obok mnie moi znajomi z gay club. Pamiętam jak zawsze się denerwowałeś, że odwiedzam to miejsce. Pamiętam to doskonale.

Siedzę na miękkim kocu, słońce drażni moje skromne źrenice. Zakładam okulary słoneczne. Ukrywam się, ukrywam się przed światem. Chris pyta mnie czy wszystko w porządku. Co mam odpowiedzieć? No zgadnij... no Lou, nie jesteś taki głupi. Trafione! Kłamię, mówiąc, że lepiej być nie może, ale on nadal naciska. Poprawiam czapkę i wbijam wzrok w tłum starając się odnaleźć twoją sylwetkę.

Obserwuje każdego, kto mnie mija. Mam wrażenie, że jestem niewidzialny. Nie boli mnie to. Przynajmniej nie tak bardzo jak to, że dla Ciebie również nie istnieje. Słyszysz mnie?

Zataczam błędne koło ciągle marząc o Tobie. Wiem to. Jesteś nieosiągalny już. Dawniej nie pozwoliłbyś na to, abym siedział tu teoretycznie sam, wlepiając swoje wyblakłe tęczówki w przypadkowych ludzi. Nie pozwoliłbyś.

Ale teraz masz ją. Jesteś z nią, prawda?
To jej dłoń czuje Twój dotyk, to jej szyja czuje Twoje muśnięcia, to jej wargi czują Twoje usta.

Wytłumacz mi dlaczego? Czy nie byłem dla Ciebie wystarczająco dobry?

Pamiętam Twoje słowa: ‘kochanie jesteśmy trochę inni’. Czyżby one uleciały?

Zamykam oczy, daje się ponieść chwili. Chcę na moment zapomnieć. Uciekam myślami do.. właściwie bez znaczenia gdzie bym nie doszedł tam jesteś Ty. W przeszłości, teraźniejszości jak i przyszłości. Nie potrafię wykreślić Cię z harmonogramu mojego dnia, a co dopiero z życia.

Przepraszam, Louis.

Na scenie pojawia się kolejny zespół. Grają fajnie. Tylko na tyle mnie teraz stać. Gdybyś był obok z pewnością pobieglibyśmy zapoznać się z owymi artystami, ale ja.. ja nie mam sił. Jestem tu sam. Jestem tu bez Ciebie. Nie ma nas.

Mija może godzina, półtorej.. nie wiem. Mój telefon bombardowany jest przez setki sms'ów i nieodebranych połączeń. Zerkam na ekran iPhona. Mama, Gemma, Niall. To wszystko..

Brakuje mi tu czegoś, wiesz?

Anne jest na festivalu. Nie chcę aby mnie widziała. Nie chcę aby mnie widziała w takim stanie. Z każdym dniem jest co raz gorzej, ale aktualnie przechodzę samego siebie. Co jeśli nie wytrzyma w dochowaniu tajemnicy? Co jeśli widok cierpiącego syna złamie jej serce? Co jeśli wyjawi światu prawdę?

Nie. Ona mnie kocha.

Nagle czuje czyjś dotyk na swoim ramieniu. Odwracam głowę mając nadzieję, że Chris znów coś ode mnie chce. Jednak nie. To Gemma. Pyta dlaczego siedzę tu sam. Rzeczywiście. Nawet nie wiem kiedy reszta zebrała się pod scenę. Jestem sam. Dosłownie. 

Siostra prosi, abym poszedł z nią. Nie mam ochoty. Kiwam tylko głową, nic nie mówię. Pyta czy chodzi o Ciebie. Znów milczę. To wystarczy. Jestem zbyt przewidywalny. Ona zna mnie zbyt dobrze. Zbyt dobrze wie, że Cię kocham. Nalega, abym wstał. Jest mi wszystko jedno. Podnoszę się z koca i kieruje za nią. Dokąd ona mnie prowadzi?

Gdy w końcu udaje nam się przebić przez tłum docieramy na miejsce. Widzę moją mamę. Jest szczęśliwa, uśmiecha się do mnie. Próbuję odwzajemnić to, ale chyba mi nie wychodzi. Jej zatroskane spojrzenie zagina moją czasoprzestrzeń. Ranię ją tym. Przerywa rozmowę z Twoją matką.. tak, Louis, Jay też tu jest, nie wiem czy wiesz. Podchodzi bliżej i pozwala mi odlecieć w matczynym uścisku. Wie, że tego potrzebuje. Nic nie mówi. Ona wie Lou, wie.

Skrycie ociera mi jedną z łez i całuje delikatnie w czoło. To dla mnie znaczy dużo. Więcej niż mógłbyś się spodziewać. Na wszystko patrzy Jay. Boję się, że ona też rozumie moje zachowanie. Z jej wyrazu twarzy wynika, że mam rację.

Nagle słyszę znajome, zbliżające się głosy. Tfu.. twój głos. Słyszę Twój głos Louis. Śmiejesz się. Masz tak radosny chichot, że moje serce ściska się z bólu. Niegdyś był on tylko dla mnie. Nie pytam, czy pamiętasz, bo wiem, że nie.

Odwracam głowę i pechowo nasze spojrzenia się spotykają. Czuję, że atmosfera nie może być już bardziej napięta. Spuszczam wzrok. Widzę, że trzymasz ją za rękę. Eleanor milczy. Chyba nie jest w stanie wydusić z siebie żadnego słowa.

Nagle do moich uszu dociera znajoma melodia. Patrzę na scenę. Emeli Sande...
Zaczyna śpiewać.

You’ve got the words to change a nation
but you’re biting your tongue
You’ve spent a life time stuck in silence
afraid you’ll say something wrong
If no one ever hears it how we gonna learn your song?
W moich oczach zbierają się łzy, nie potrafię się ruszyć. Czuję jakbym zastygł.
So come, on come on
Come on, come on
You’ve got a heart as loud as lightening
So why let your voice be tamed?
Baby we’re a little different
there’s no need to be ashamed
Jej głos wywołuje na moich plecach ciary. Wiem, że ta piosenka jest o nas. Wiem to.
You’ve got the light to fight the shadows
so stop hiding it away
Come on, Come on. 

I wiem, że Ty też to wiesz. Drżę, moje oczy nie wytrzymują. Zamykam powieki ułatwiając łzom wydostanie się. Spływają jak szalone. Jednak nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wszyscy są zabsorbowani występem. Nikt oprócz Ciebie. Patrzysz na mnie, a w twoim spojrzeniu odnajduję ból.

Gdy pada refren zaczynasz szlochać.

I wanna sing, I wanna shout
I wanna scream till the words dry out
so put it in all of the papers,
i’m not afraid
they can read all about it
read all about it oh.

Nie wiem czy bardziej ja jestem temu winien czy Emeli. Nie wiem. Mimo, iż boli mnie nasz kontakt wzrokowy nie przerywam go. Czuje jak moje serce przyspiesza. Mam ochotę upaść i się nigdy nie podnieść. Nie wiele mi do tego brakuje. Niespodziewanie łapiesz mnie za rękę i splatasz nasze palce. Eleanor stoi kilka metrów dalej. Pytam się Ciebie, co wyprawiasz. Milczysz. Dlaczego, Louis?

Sande śpiewa dalej, a ja już nie mam czym płakać. Twoje oczy również są opuchnięte. Czyżbym jednak coś dla Ciebie znaczył?

At night we’re waking up the neighbours
while we sing away the blues
making sure that we remember yeah
cause we all matter too
if the truth has been forbidden
then we’re breaking all the rules
so come on, come on
come on, come on,
lets get the tv and the radio
to play our tune again
its 'bout time we got some airplay of our version of events
there’s no need to be afraid
i will sing with you my friend
Come on, come on
I wanna sing, I wanna shout
I wanna scream till the words dry out
so put it in all of the papers,
i’m not afraid
they can read all about it
read all about it oh

Po tej zwrotce wysiadam, mój umysł nie potrafi współpracować już z sercem. Do moich uszu dociera piskliwy głos Eleanor. Woła Cię, a ty jak gdyby nic puszczasz mnie i odchodzisz. Twoja dłoń wędruje na jej biodro. Obejmujesz ją. Dlaczego na moich oczach?

Ciężko przełykam ślinę. Zdaje sobie sprawę, że wszyscy to widzieli. Zdaje sobie sprawę, że znają mój sekret. Ale jakie to ma znaczenie? Jakie to ma znaczenie TERAZ?

Nie jestem w stanie dotrwać tu do końca piosenki.
Przepraszam Emeli.

Wybiegam. Szaleńczo gnam w stronę wyjścia, ale wcale nie jest to łatwe. Słyszę za sobą Twój głos, słyszę, że prosisz, aby wrócił. Jedno ważne pytanie: po co?

Nie zatrzymuję się nawet na krok. Gnam.

Gdy w końcu docieram do budynku stróża opieram się o ścianę i z ogromnym płaczem opadam w dół. Przygryzam wargi, kaleczę dłonie. Chcę umrzeć. Nie poradzę sobie. Wiem to dziś, tak samo jak wiedziałem w dniu, gdy spakowałeś swoje rzeczy. Manager kazał mi się również wyprowadzić mimo, że nie miałem wcale na to ochoty. Musiałem zamieszkać u znajomych, bo twoja dziewczyna uznała, że nasz bliższy kontakt przysparza tylko samych kłopotów. A Ty ją słuchasz, bo.. bo ją kochasz? Tak samo jak mnie kochałeś?

Ostatkami sił wyciągam portfel. W schowku upchałem żyletkę. Nie chcę tego robić, ale zwyczajnie odcięto mi tlen. Tlen, którym jesteś Ty Louis.

Z daleka słychać jeszcze ostatnią zwrotkę Read All About It..

Yeah we’re all wonderful, wonderful people
so when did we all get so fearful?
Now we’re finally finding our voices
so take a chance, come help me sing this
Yeah we’re all wonderful, wonderful people
so when did we all get so fearful?
and now we’re finally finding our voices
so take a chance, come help me sing this

Marszczę czoło i przywołuje nasze wspomnienia. Wspomnienia, w których wyznaliśmy sobie to gorące, pełne prawdy uczucie. Wspomnienia, które na zawsze pozostaną w moim sercu.

Przejeżdżam żyletką po bladym nadgarstku. Najpierw delikatnie, potem co raz silniej. Przepraszam mamo, przepraszam Gemma. Przepraszam. Dobrze, że nikogo nie ma w pobliżu, bo może akurat wpadłoby Wam do głowy mnie uratować. Nie potrzebuje pomocy. Przecież mówię.

W momencie, gdy w moim tunelu pojawia się światło, Emeli kończy piosenkę słowami:

i’m not afraid, they can read all about it

Głośne oklaski nie ustają, a ja odpływam w ostatnią podróż. W podróż do najbezpieczniejszej przystani. Poczekam tu na Ciebie, Louis. OBIECUJĘ.


Od autorki: Płakam. Przeczytałam to po 4 latach i płakam:(

Papierowy samolocik - one shot (Larry)

image

Pairing: Larry
Opis: Harry jest biednym chłopcem, który ma gitarę. Zarabia na życie śpiewem ulicznym, a przynajmniej próbuje. Pewnego dnia Louis spacerując po mieście słyszy piosenkę śpiewaną przez Harry'ego i zakochuje się w jego głosie...

Harry tak naprawdę nigdy nie wiedział, co to znaczy mieć dom. Kiedy w szkole słyszał coś na ten temat, musiał udawać, że rozumie i uśmiechać się dla niepoznaki. To nie tak, że nie chciał wiedzieć, po prostu od najmłodszych lat, odkąd pamiętał mieszkał w bidulu. Tutaj dzieci nie miały rodziców lub ich najbliżsi po prostu ich „wyrzucili” jak zniszczone meble, czy zużyte ubrania. To nie był dom, choć w nazwie słowo się pojawiało. Harry był typem samotnika, nie lubił, gdy uwaga była skupiona na nim, bo czuł się niepewnie. Nie wiedział, jak ma się zachowywać, ani mówić, by każdy go słuchał. Jedyną rzeczą, jaka pomagała mu wyrażać siebie był śpiew. Tego się nie bał, miał najczęściej zamknięte oczy, więc ci wszyscy ludzie, którzy ewentualnie chcieliby go oceniać, mogli to robić. Nie dbał o to, nie widział ich zdegustowanych, czy zaintrygowanych spojrzeń i było w porządku.

Gdy skończył szkołę i był o krok od pełnoletności, zdał sobie sprawę, że nie będzie miał się gdzie podziać. Nie chciał wylądować na ulicy, ale czuł, że za pół roku, dostanie małą wyprawkę i będzie zmuszony szukać szczęścia gdzieś indziej. Na myśl o tym zaczął doceniać dom dziecka i jego ciepłe, zawsze idealnie pościelone łóżko, do którego przez prawie osiemnaście lat zdążył się przywiązać. Nie potrafił wyobrazić sobie przyszłości, wszystko było mgliste i ciemne, i Harry momentami myślał, że może po prostu powinien ze sobą skończyć. Nie miał rodziny, dziewczyny, nikogo, jego jedyny przyjaciel opuścił bidul rok wcześniej i wyjechał zagranicę. Mieli kontakt, ale były to raczej sporadyczne rozmowy. Liam ciężko pracował i rzadko znajdywał czas na przesiadywanie w internecie. Harry rozumiał, ale jednocześnie cierpiał, bo nie ufał nikomu innemu, co wiązało się z tym, że z nikim innym nie mógł porozmawiać o swoich uczuciach.

Dlatego zaczął tworzyć więcej piosenek, a mając przy sobie gitarę, którą udało mu się wygrać w jednym z konkursów, nie było z tym problemu. Pisał, śpiewał, a jego cały wolny czas pochłaniały teksty utworów, w których przelewał swoje całe uczucia. Uczucia do tego miejsca, uczucia do jego rodziców, którzy zostawili go, gdy miał miesiąc, uczucia do jego opiekunów i uczucia do samotności, z którą zbratał się ostatnio zbyt mocno.

- Harry? - głos Lindsay wyrwał go z zamyślenia, gdy obserwował spływającą po szybie kroplę deszczu. - Harry, nie możesz siedzieć tu cały dzień. - dziewczyna zajęła miejsce obok niego, a on niechętnie przesunął swoje nogi.

- Pada. - odparł cicho i nie siląc się na żaden uśmiech, złapał gitarę wygrywając fragment nowej piosenki.

- Znów piszesz. - oznajmiła ciepło, nie czekając na jego odpowiedź. - To wspaniale, Harry!

Chłopak nie rozumiał, dlaczego ona wciąż tu była. Nie teraz, w tym konkretnym momencie, tylko zawsze. Harry prawie z nią nie rozmawiał, częściej słuchał, co ma do powiedzenia, ale nie byli przyjaciółmi. Lindsay mieszkała w pokoju po drugiej stronie korytarza, miała długie blond włosy i ładne niebieskie oczy, często się uśmiechała i emanowała taką radością, że czasami Harry jej nienawidził. On nie potrafił.

- Słuchaj, ja nie rozumiem. - powiedział po chwili, gdy blondynka przypatrywała się ruchom jego długich palców. - Po prostu, dlaczego?

- Dlaczego tu jestem?

Harry skinął głową, a ona się roześmiała, po czym dotknęła jego loków i ruszyła w stronę drzwi dodając od siebie tylko kilka słów. - Po prostu Cię lubię, Głuptasie.

Harry spędził ten wieczór pisząc piosenkę o Aniele, który każdego dnia przylatywał na jego parapet i ogrzewał jego przestrzeń. A przynajmniej metaforycznie. Tak sądził.

~*~

Pół roku później, Harry nie miał już domu. Żadnego.

Kiedy skończył osiemnaście lat nie dostał masy prezentów, nie miał nawet tortu ze świeczkami, nie mógł pomyśleć życzenia, ani cieszyć się obecnością swojej rodziny. Bo przecież jej nie miał. Opiekunowie z domu dziecka wręczyli mu kopertę z wyprawką i podali termin, do którego musiał opuścić to miejsce. Jedynie Lindsay wpadła do niego wieczorem i podarowała małe pudełeczko, w którym znajdował się łańcuszek z ‘papierowym’ samolocikiem, co sprawiło, że Harry poczuł się naprawdę ważny, bo dotychczas nikt niczego mu nie sprezentował. Uścisnął ją mocno i przeprosił, że czasem był zbyt cichy. Dziewczyna uroniła kilka łez i poprosiła, by odezwał się, jak już się urządzi na „wolności”.

Ale po sześciu miesiącach od wyjścia z domu dziecka, Harry wciąż nie mógł tego zrobić, nie mógł jej powiedzieć, jak jest, bo jego Anioł był jedyną istotą, która w niego wierzyła przez ten cały pieprzony czas. Nie chciał jej zawieść, więc uznał, że milczenie będzie najszczerszym złotem.

Siedział teraz oparty o gorący mur, trzymając w dłoniach gitarę. Listopadowe słońce raziło go lekko w oczy i miał naprawdę dość siedzenia w centrum, ale musiał zarobić jakoś na jedzenie. Odkąd opuścił bidul, a wyprawka skończyła się szybciej niż przewidywał, nie mógł znaleźć pracy, chodził i prosił o pomoc, ale zawsze otrzymywał negatywną odpowiedź lub zatrzaskujące się przed jego oczami drzwi. To bolało, bo przecież chciał uczciwie zapracować na życie, ale jak miał tego dokonać, gdy wszystkie furtki zamykały się zanim do nich dotarł?

Jego żołądek przewrócił się kilka razy, prosząc o pokarm, Harry spojrzał do torby, gdzie na dnie znalazł jeszcze kawałek bułki i drobne okruchy, zebrał wszystko ręką i wsunął do buzi. Wiedział, że czeka go ciężka noc, nie miał nic do picia, a wszystkie oszczędności, jakie udało mu się zebrać, ukradziono mu poprzedniego wieczoru. Przeklinał swój los, bo tak naprawdę chciał mieć normalną rodzinę, swój pokój i ciepły obiad… zwłaszcza, że nadchodziła zima.

Cholera, miał tylko osiemnaście lat…

Przymknął oczy i otworzył usta.

„Gdzie jest ten moment, którego potrzebowaliśmy najbardziej?
Niszczysz nastrój, magia pryska
Mówią, że Twoje błękitne niebo zaczyna szarzeć,
Mówią mi, że Twoja pasja odeszła (minęła).
A ja nie muszę już tego kontynuować…”

(klik, piosenka Daniela Powtera – Bad day)

“Stoisz na granicy by przejść na nowy poziom
Uśmiechasz się fałszywie, idziesz z kawą
Mówisz mi, że Twoje życie było drogą poza linią
Rozpadasz się na kawałki, za każdym razem
A ja nie muszę już tego kontynuować.

Bo miałeś zły dzień
Zjeżdżasz jeden stopień na dół
Śpiewasz smutną piosenkę, by tylko to odkręcić
Mówisz mi, że nie wiesz
Mówisz mi: nie kłam
Pracujesz z uśmiechem i idziesz na przejażdżkę
Miałeś zły dzień
Aparat nie kłamie
Wracasz na dół i nic Cię już nie obchodzi
Miałeś zły dzień
Miałeś zły dzień…”

Jego serce biło w szalenie szybkim tempie, gdy zakończył utwór i usłyszał oklaski, bał się spojrzeć, by nie ujrzeć kilku par oczu, szydzących z niego. Zaryzykował i spostrzegł, że jego walizka zapełniła się pieniążkami, a stojący niedaleko tłum posyłał mu szczere uśmiechy. Chwycił ponownie gitarę i zagrał jeszcze kilka piosenek, ponownie opuszczając powieki. Czuł się wtedy bezpiecznie i wiedział, że jego widzom wcale to nie przeszkadza.

Zaczęło się ściemniać, gdy skończył ostatni utwór, więc spakował gitarę, zebrał rzeczy i już miał odchodzić, gdy zaczepił go jakiś chłopak. Najpierw poczuł jego ciepłą dłoń na swoim ramieniu, a potem ujrzał te niesamowicie niebieskie tęczówki – nawet jego Anioł takich nie posiadał – i naprawdę nie wiedział, co ma powiedzieć, więc stał w zdumieniu kilkanaście sekund, gdy zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje.

- Słyszałem jak śpiewasz… to było perfekcyjne. - uśmiechnął się, a Harry nie mógł nie odwzajemnić tego gestu, bo czuł się wyjątkowo dobrze, jak na te okoliczności.

- Dziękuje.. - spojrzał w ziemię, zrywając kontakt wzrokowy. Wcale nie chciał tego robić, ale nie mógł wytrzymać intensywnie badającego go spojrzenia szatyna. - to naprawdę miłe.

- ładny wisiorek – powiedział nieznajomy, po czym podwinął rękaw swojej bluzy. Harry mógł zauważyć, że jego przedramię pokryte jest różnymi tatuażami, ale nie potrzebował wiele czasu, by odnaleźć ten właściwy, do którego nawiązał chłopak.

Papierowy samolocik.

Harry się uśmiechnął, więc Louis także to zrobił, jednak nie wiedział, ile to znaczy dla młodszego chłopca, nie wiedział (jeszcze), że na jego rozkosznej twarzy radość nie gości zbyt często.

- wierzysz w przeznaczenie? - nieśmiałe pytanie opuściło usta nastolatka.

- niezupełnie… – zachichotał Louis, poprawiając ubranie. - ale wierzę, że pójdziesz ze mną na kolację…

- ja..ja nie – zaplątał się w słowach, lecz całe rozdarcie ustąpiło, gdy stojący przed nim chłopak uniósł palcem jego brodę.

- ja stawiam, nie daj się prosić.

I Harry wiedział, że człowiek nie może otrzymać dwóch Aniołów za jednego życia, ale naprawdę nie chciał się w tym zagłębiać. Louis był miły i zaproponował kolację, a Harry był głodny, a może tak naprawdę pożądał tych  n i e b i e s k i c h  tęczówek.

~*~

- ja naprawdę nie powinienem.. - próbował protestować, lecz Louis nie dawał za wygraną. - nie będę miał jak Ci się odwdzięczyć!

- myślisz, że chcę czegokolwiek w zamian?

- przepraszam, po prostu nie stać mnie, by… - Louis zasłonił mu usta.

- jedyne czego chcę to spędzić z Tobą trochę czasu, obserwuję Cię od miesięcy, nie pozwolę żebyś choć jeden dzień więcej spał pod gołym niebem.

- co?

- po prostu, zaufaj mi.

- nie ufam ludziom, zrobiłem to i zobacz gdzie jestem – syknął Styles, rozkładając ręce. - naprawdę nie musisz się nade mną litować. - próbował odejść, zarzucając gitarę na plecy, ale Tomlinson znów go powstrzymał.

- Harry! To nie jest litość, po prostu… - zamilkł. - chciałem Cię zaprosić na randkę, ale uznałem, że nie chcę Cię wystraszyć, więc wymyśliłem słowo kolacja, co właściwie nie jest mylne, no bo to kolacja, jest wieczór i ciemno, i będą świece, więc…

Louis już nie dokończył, usłyszał tylko lekki hałas, gdy gitara Harry’ego zetknęła się z ziemią, a potem poczuł, jak jego usta zakrywają inne, miękkie i ciepłe wargi, które z pewnością byłby w stanie pokochać.

Harry jeszcze chwilę trzymał jego twarz w dłoniach, po czym odsunął się i przeprosił.

- chodźmy na tę randkę..yy kolację – uśmiechnął się Louis, podniósł gitarę chłopaka i pociągnął go w stronę restauracji.

~*~

Harry zerwał się z łóżka, założył różowe kapciuszki w króliczki, po czym zbiegł po schodach i zamknął się na chwilę w łazience. Wyszorował ząbki, poprawił włosy i uśmiechnął się do swojego odbicia. Postanowił, że zrobi na śniadanie tosty, chociaż ketchup skończył się wczoraj. Gdy smarował chleb usłyszał dzwonek do drzwi, więc zdjął z wieszaka kremowy szlafrok i zarzucił go na plecy, po czym przekręcił klucz.

- no wreszcie! - głos Louisa go nie zaskoczył. - zrobiłem zakupy – chłopak wepchnął Harry’ego do środka i trzymając w jednej ręce siatki z zakupami, wpił się w jego usta. - smakujesz miętą.

- to pasta do zębów – zaśmiał się Harry i odwzajemnił pocałunek, dziękując w myślach swojemu Aniołowi za to, że papierowy samolocik zbliżył go do szczęścia.

- cokolwiek powiesz, mój mały – Louis poczochrał jego włosy i wniósł produkty do kuchni. - gotujesz, jutro przychodzi Lindsay, obiecałem, że Ci nie powiem, ale ktoś musi to zrobić, więc… - urwał, widząc zaskoczony wyraz twarzy swojego chłopaka.

- Lou…nie widziałem jej ponad dwa lata… pół roku przed tym, jak mnie przygarnąłeś widzieliśmy się ostatni raz.

- Nie przygarnąłem, tylko wygrzałeś sobie w moim sercu miejsce, dlatego tu jesteś, dlatego od dwóch lat mieszkamy razem. - oplótł swoje ręce wokół talii młodszego, który opierał się teraz o meble.

Harry podniósł wisiorek papierowego samolocika do ust i lekko go cmoknął, po czym zrobił to samo z tatuażem Louisa.

- Harry?

- tak?

-zapraszam Cię dziś na kolację.

-miałeś na myśli randkę. - poprawił go młodszy, po czym wsunął swoją głowę w zagłębienie jego szyi i przymknął oczy, nucąc pod nosem „To jest ten moment, którego potrzebowaliśmy najbardziej”*.

- och, przejrzałeś mnie!

- przecież obserwowałem Cię od miesięcy.**

_________________

* przerobiony pierwszy fragment piosenki, którą śpiewał wcześniej Harry.
** nawiązanie do wcześniejszych słów Louisa, gdyby ktoś nie zczaił :D


My drug - one shot (Larry)











Pairing: Larry 
Opis: Czy można uzależnić się od czyjejś obecności do tego stopnia, by wszystko inne nie miało znaczenia? Wakacje, słona woda i masa miłości. Opalenizna to nie jedyna rzecz, jaką Louis zyskał podczas pobytu w Chorwacji.
Od autorki: One shot pisany na chorwackich plażach, podczas moich wakacji w 2012 roku! Nie miałam komputera ze sobą, więc tworzyłam wszystko na telefonie! Czujecie to? Mam do tej historii ogromny sentyment, dlatego dzielę się nią z Wami. To jest takie trochę...carrotowe, ale no..2012!

~*~

Błękit morza.
Błękit jego tęczówek.
Błękit miłości.

Czego chcieć więcej?

Gorące uczucie zapisane w gwiazdach.

Wystarczyła chwila, by kędzierzawy chłopak zauważył siedzącego na ogromnej skale szatyna. Szedł właśnie brzegiem morza, lekkie fale oblewały jego bose stopy, a zachodzące słońce raziło ostatnimi promieniami. Wieczór obfitował w ciepłe, a nawet gorące powietrze. Harry mieszkający całe życie w Anglii odczuwał to teraz o wiele bardziej, niż mogłoby się wydawać. Otarł z czoła kilka kropel potu i ruszył na przód. Długo zastanawiał się czy może przysiąść się do samotnego chłopaka. Czuł dziwną potrzebę rozmowy z nieznajomym. Zbliżył się na kilka metrów i usiadł na drobnych kamykach. Fala przypłynęła zbyt blisko mocząc jego granatowe spodenki. Jednak nie to zaprzątało jego myśli. Nie to było teraz tematem jego rozważań. Ukradkiem spojrzał na niesamowitą opaleniznę nastolatka. Wyglądał na tubylca i właśnie wlepiał swój wzrok w przepiękny, pomarańczowy zachód słońca. Mimo, że siedział kawałek od niego Harry mógł ujrzeć przeszywający błękit jego tęczówek. Czy rzeczywiście posiadały tak cudowną barwę? 

Lokaty Anglik postanowił to sprawdzić, ale nim zdążył zrobić jakikolwiek krok, ciepła, ale słona woda chlupnęła mu prosto w oczy tak mocno, że poczuł bliższe spotkanie z kamienistym brzegiem morza.

- Hej, kolego, wszystko w porządku? - Do jego uszu dotarł słodki, a zarazem czuły głos.
- Um, tak, myślę, że tak - odparł szybko Harry, przecierając zamknięte oczy. Nie miał pewności z kim rozmawia, nie miał pojęcia, że w odległości dosłownie 10 centymetrów kuca obiekt jego westchnień. Po omacku odnalazł grunt i próbował wspiąć się wyżej plaży. Niestety z zamkniętymi oczami po niewygodnym wybrzeżu nie było to łatwe. Poślizgnął się i woda ponownie oblała jego mokre już szorty. Zarówno on, jak i nowy znajomy, wybuchnęli gromkim śmiechem.

- Chodź, pomogę Ci, usiądźmy na skale - zaproponował chłopak, ciągnąc krętowłosego za rękę. Chwilę później wycierał jego piekące do granic możliwości oczy swoim ulubionym ręcznikiem.
- Teraz lepiej? - spytał, po czym przeanalizował całe ciało chłopaka wykorzystując fakt, że Harry ma jeszcze zamknięte powieki. Wyglądał bardzo czarująco. Na jego policzkach pojawiły się wypieki. Nie potrafił tego w żaden sensowny sposób wytłumaczyć.
- Jesteś tu sam ? - mruknął Harry, po czym szybko palnął się z otwartej ręki w czoło. - Przepraszam, nie powinienem pytać. Mam na imię Harry - szepnął po chwili podając chłopakowi dłoń. Zdawało mu się, że oczy nieznajomego zaiskrzyły się na dźwięk jego głosu.
- Całkiem sam. Jestem Louis - skwitował krótko uwydatniając swoje śliczne, białe zęby. - a Ty? - spytał niepewnie, przygryzając dolną wargę. W brzuchu Harry'ego zawirowało. Ten widok wcale nie pomagał mu w opanowaniu emocji.
- Całkiem, całkiem sam. - wymruczał roześmianym głosem, wywołując delikatną tęczę na niebie opalonego przystojniaka.
- Czy to nie dziwne? - szepnął Harry unosząc brwi do góry.
- Owszem, a więc co tak przystojny Anglik robi sam tak daleko od domu?
- Skąd wiesz, że jestem z Anglii? - zdezorientowany głos Harry'ego dotarł do uszu Louisa.
- Hm, twój akcent wiele zdradza. - oświadczył kładąc dłoń na swoim różowym policzku.

- oh, of course.. - parsknął pod nosem tak uroczo, że Lou ponownie wyszczerzył się w słodkim uśmieszku.

- wybacz Louis, ale ja nie jestem dobry w te karty, a więc.. To znaczy.. Yyy po prostu powiedz mi czy… - zaplątał się w słowach.

- spokojnie przyjacielu, jest okej. Też jestem z Anglii. - powiedział Tommo, kładąc na jego plecach rękę. Biło z niej tak niesamowite ciepło, że Harry przez moment milczał, zastanawiając się, co sprawiło, że ten dotyk sprawia mu tyle przyjemności.

- ale jak to możliwe? - Styles wybałuszył swoje duże, zielone oczy.

- mieszkałem tu parę lat temu, a teraz przyjechałem na.. na jakiś czas.. - odparł omijając pewien fragment myśli i w tym samym momencie poprawił grzywkę, która opadła na jego brązowe czoło. - no wiesz sentymenty.. - dodał po chwili. Harry uśmiechnął się tylko porozumiewawczo, bowiem niepotrzebne były tu żadne słowa.

Reszta wieczoru minęła bardzo miło. Zachodzące słońce wytworzyło wspaniały klimat do rozmów. Harry wymieniając kolejne spostrzeżenia dotyczące jego życia nie zdawał sobie sprawy, że w jego sercu zapłonęła malutka iskierka, która z czasem miała rozrosnąć się do maksymalnych rozmiarów i tlić co raz mocniej.


Louis nie wierzył w przypadki. Od zawsze wyznawał tą zasadę. Dlatego dzisiejszej nocy, po powrocie do hotelowego apartamentu długo rozmyślał. Czyżby spotkanie z lokatym chłopcem było jego przeznaczeniem?

Za nic w świecie nie mógł wyrzucić że swojej głowy obrazu tego bezbronnego, ale jakże uroczego dzieciaka. Na zegarze wybiło 03:03, a jego powieki nadal unosiły się ku górze. Czyżby zapewnił sobie bezsenność na kolejne dni.. A może i miesiące?

Dzień 1.

Odgłos świerszczy wyrwał ze snu zmęczonego Loczka.

- Cholera..uhm - mruknął sam do siebie zwlekając się z łóżka. Lekka pościel otulała jego nagie ciało. Z ogromną niechęcią wsunął na siebie kolorowe bokserki i przemył twarz zimną wodą. Usiadł przy otwartej lodówce zastanawiając się nad spożyciem śniadania. Ostatecznie wypił kilka łyków mleka i rzucił się na mięciutką sofę. Przeskoczył kilka chorwackich programów i zrezygnowany wyłączył tv. Pierwszy raz w życiu żałował, że sam wybrał się na wypoczynek. Pierwszy raz w życiu miał potrzebę bliskości drugiej osoby.

Louis, jak nigdy wstał rześki i wyspany. Mimo, że długo nie mógł zmrużyć oka jego twarz wyglądała całkiem przyzwoicie. Stanął przed lustrem, oglądając swoje rysy. Były delikatnie kobiece, co sprawiało, że wyglądał na prawdę oszałamiająco. - No już daj spokój. Przestań o nim myśleć. - szepnął wpatrując się we własne oblicze. Prosił się o coś, co było zupełnie niewykonalne.

_

- Wiedziałem, że Cię tu znajdę. - słodki głos Lou wywołał ciary na nagiej klacie Harry'ego. - To znaczy.. Miałem nadzieję, że tu będziesz.

Serce Stylesa zadrżało. Czy On mówił poważnie?

-Miałeś.. nadzieję? - spytał zdziwiony, podczas gdy szatyn usadawiał się obok niego na niewygodnej skale.

- Po prostu bałem się, że mogę Cię już nie spotkać.. - wyjaśnił Lou, a jego policzki przybrały różową barwę.

Harry Styles uświadomił sobie teraz, że gdy na horyzoncie pojawia się Lou, jego ręce niesamowicie się pocą, a serce wzmaga swój rytm. Ale to normalne, prawda?

Błąd.

To zajebiście nienormalne.

Ten wieczór minął podobnie jak poprzedni. Jednak można było odnaleźć w czułych spojrzeniach cząstkę miłości, która rodziła się między tą dwójką. Żaden z nich nie był tego ani trochę świadomy.

Ten wieczór szaleńczo przypominał poprzedni. Grzeczne rozmowy na skalistym wybrzeżu w otoczeniu kilku turystów fotografujących wspaniałe widoki. Nic więcej.

Harry w skupieniu przysłuchiwał się słowom Louisa. Nie szczędził mu drobnych uśmieszków, co zdecydowanie podkręcało atmosferę. Ale przecież ten wieczór był normalny..

Przecież czułe spojrzenia Louisa i intrygujące gesty Harry'ego nic nie znaczyły. Przecież ta znajomość nie wiązała się z żadnymi obietnicami czy przysięgami. 

JESZCZE.

Lou powrócił do apartamentu i podobnie jak 24h temu jego umysł został przytłoczony przez setki myśli o kędzierzawym chłopcu. O chłopcu, który zburzył jego szarą monotonnie wywołując ścisk w żołądku i ciary na plecach. 


Harry natomiast udał się jeszcze na krótki spacer. Musiał ułożyć w swojej głowie jakiś plan. Musiał wyjaśnić samemu sobie, czego tak na prawdę chce od życia. Ostatnio stale towarzyszyły mu niepowodzenia i porażki. Marzył o tym, by w końcu odbić się od dna i wylądować na samym szczycie. Dosłownie.


I wiedział kto mu może w tym pomóc. Przypomniał sobie ruch warg Louisa podczas ich rozmowy. Przypomniał sobie napływające ciepło do jego podbrzusza. Poczuł się niesamowicie błogo. Motylki?

Dzień 2.

- To chyba tu.. - mruknął Louis stawiając małe kroki w kierunku ogromnego apartamentu, w którym rzekomo miał mieszkać Harry. Podał mu ten adres wczorajszego wieczora, jakby obawiając się o utratę kontaktu. Pewnie nie sądził, że Louis tak szybko zechce go wykorzystać. Było bardzo wcześnie. Słońce dopiero zaczynało swoją wędrówkę po niebie.

Podczas, gdy Hazza smacznie sobie spał Louis przemierzał kolejne schody. Przeklął w duchu swoją klaustrofobię. W innym przypadku mógłby skorzystać z windy. Pech chciał, że Harreh wybrał sobie mieszkanie na 5 piętrze. Widok oszałamiający, ale ile schodów. - pomyślał Lou wdrapując coraz wyżej.

_

Pukanie do drzwi obudziło pogrążonego we śnie Loczka. Z okropną niechęcią dźwignął się ze swojego miękkiego łóżka, które w rzeczywistości było zwane ‘małżeńskim’ i skierował w stronę wyjścia z zamiarem ochrzanienia osoby, która o tak wczesnej porze zakłóciła jego spokój. Ale w momencie, gdy uchylił drzwi cała złość minęła..

Louis niepewnie zapukał do apartamentu chłopaka i z niecierpliwością oczekiwał, aż czupryna bujnych loków pojawi się przed jego oczami. Harry całkiem nieświadomy kto jest porannym gościem pojawił się na progu w samych bokserkach.

- Louis ? - jego głos nie był ani trochę szorstki.

- Witaj Harry. Przepraszam za najście, ale pomyślałem, że… - wyszeptał, ściskając w dłoniach dwa kubki kawy i opakowanie świeżych pączków. Nie dane było mu dokończyć, bo Styles wciągnął go do pomieszczenia zatrzaskując głośno drzwi. W tym ułamku sekundy ich ciała otarły się o siebie wywołując niemałe iskry. Louis zajął miejsce w pokoju gościnnym, który połączony był z małą kuchnią. Harry natychmiast rzucił słodkości na talerz i zdjął pokrywki z kubeczków podśpiewując pod nosem stare kawałki. Po chwili zorientował się, że nie jest sam. Przystanął i spojrzał na swoje ciało, okryte tylko skąpymi bokserkami.

- Um, przepraszam. Pójdę się ubrać. - wyszeptał, a jego policzki przybrały różową barwę. Louis natychmiast drgnął, nie chcąc by jego nowy kolega czuł się zażenowany.

- Jest okej, Hazz. - oświadczył, przygryzając dolną wargę. Gdyby tylko wiedział jak działa to na kędzierzawego nastolatka.. Gdyby wiedział.

- Na pewno? Założę się, że masz lepsze ciało.. - niespodziewanie z ust Harry'ego padły te słowa. Również niespodziewanie Louis podniósł się z zamszowej kanapy i zdjął biały t-shirt, zasłaniający jego klatkę piersiową. Harry dotychczas mógł o tym pomarzyć, ale nigdy nie sądził, że dojdzie do tego w realnym życiu. Zbliżył się do chłopaka i położył swoją dłoń na jego torsie, po czym delikatnie przejechał w górę.. Zatrzymał rękę na szyi. Poczuł w tym momencie ogromną ochotę składania na niej mokrych, czułych pocałunków. Po chwili jednak się opamiętał.

- um, przepraszam Lou, nie powinienem.. Ale jesteś okropnie pociągający - oznajmił zawstydzony, próbując ukryć rumieńce, które opanowały jego bladą twarz przysłoniętą burzą loków.

- Schlebiasz mi, wiesz? - odparł w odpowiedzi uśmiechając się tak szczerze, że Harry'emu spadł kamień z serca.

To było jedno z ich pierwszych, wstydliwych zbliżeń. A dni upływały niemiłosiernie szybko..

_

- Lou, wszystko dobrze? - Styles zaobserwował zdenerwowanie na twarzy chłopaka. - Lou, masz klaustrofobie? Czemu nic nie mówiłeś? - jego ton był delikatny i odrobinę zatroskany.

- Myślałem.. Myślałem, że dam radę.. - wyszeptał i wtulił się w tors Harryego, zamykając oczy. Zjeżdżali właśnie hotelową windą, która w ekspresowym tempie mijała kolejne piętra.

Loczek stał się jego kołem ratunkowym, którego za wszelką cenę nie chciał puszczać.

Planem na dziś było po prostu plażowanie.

Dzień 3.

- Auć! Głupku! - krzyknął Harreh podczas, gdy ręce Louisa spoczywały na jego spieczonych plecach.

- Mówiłem, żebyś się smarował kremem z filtrem. Nie słuchałeś! - odpyskował szatyn wylewając prawie połowę balsamu chłodzącego. Kiedy skończył wcierać go w rozpalone ciało chłopaka poczuł na swoim policzku mokrego całusa.

- Dziękuje Lou, jesteś najlepszy.

Tomlinson nie wiedział, co powiedzieć. Nie wiedział jak zareagować. Nie chciał zabrzmieć banalnie, ale też nie chciał zignorować sygnałów jakie otrzymał od Hazzy. Krzyknął tylko krótkie 'zawsze do usług’ i zajął jeden z foteli. Dzisiejszy dzień zapowiadał się całkiem inaczej. Z racji tego, że Styles miał poparzoną skórę musiał unikać słońca. Dlatego dobrotliwy, wielkoduszny i ooch, ZAKOCHANY Louis zdecydował się zaopiekować bezbronnym dzieciakiem.

Kanały muzyczne i rozmowy.

Pod takim hasłem upływał dzień dwóch zwariowanych chłopaków, którzy nie mieli pojęcia jak wiele ich łączy. Wyjawili sobie najskrytsze sekrety, wyjawili sobie to, co ich trapi pomijając jeden, bardzo ważny szczegół. Może spowodowane było to lękiem przed odrzuceniem czy też lękiem przed porażką. Może.

Louis od wczoraj nie był w swoim apartamencie. Nie musiał. Nie chciał. Oczywiście noc spędził kulturalnie na kanapie w salonie Harry'ego. Żadne niestosowne ruchy nie miały miejsca. No przecież.

- Louis? - szepnął przeciągle Hazz, na co szatyn podniósł swoją głowę z jego kolan i spojrzał w te szalenie seledynowe tęczówki. - Mogę o coś spytać?

- jasne - odparł pół-śpiąco Tommo, zamykając wreszcie swoje zmęczone nicnierobieniem powieki.

- Znamy się 4 dni, a czuję jakby to była wieczność. - oświadczył Harreh dmuchając ciepłym powietrzem na czoło leżącego na jego kolanach Louisa.

- Loueh śpisz? - mruknął muskając rozpalony policzek swojego towarzysza.

Odpowiedziała mu cisza.

Zaśmiał się cicho pod nosem, wyobrażając sobie jak niesamowicie muszą smakować usta Tomlinsona. Chciał spróbować zakazanego owocu. Delikatnie nachylił się, ale…

- Co mówiłeś Hazz? - spytał przez zęby Lou.

Harreh powtórzył swoją wcześniejszą wypowiedź, na co otrzymał kolejny serdeczny uśmiech Tomlinsona i słowa: 'to chyba dobrze, nie?’ ;)

- Śpiąca królewno, pójdę zrobić coś do jedzenia, w końcu to mój pałac. Nie mogę Cię zaniedbywać.

- Hazz, ja chyba powinienem już iść, nie mogę siedzieć Ci ciągle na głowie.

- Przestań, lubię z Tobą spędzać czas, proszę zostań.. chociaż jeszcze przez chwilę. - wybłagał, robiąc maślane oczka, którym Louis nawet gdyby chciał nie potrafił się oprzeć.

Został, jeszcze na całą chwilę.. która przemieniła się w całą noc.

Dzień 4.

Z samego rana, gdy Harry smacznie spał, Louis zebrał się z łóżka i ogarnął bałagan jaki wczoraj stworzyli. Założył swoje szorty i wślizgnął się do sypialni Loczka. Pożegnał go czułym spojrzeniem, zostawiając na szafce balsam po opalaniu i krótką wiadomość zapisaną na małej, różowej karteczce.

Gdy Harry otworzył oczy jego pokój wypełniały drobne promienie słońca. Zaciągnięta do połowy roleta chroniła przynajmniej część pomieszczenia przed ogarniającym całą Chorwację upałem. Zerknął na leżącą na stoliku wiadomość. Uśmiechnął się widząc podpis jaki zostawił mu Louis. Nagle do jego uszu dotarł dźwięk sms'a.

Od: Gemma

Harreh brawo! Przyszły wyniki. Dostałeś się. Miłego wypoczynku xxx


Bez znaczenia, co miał przynieść ten dzień nic nie mogło popsuć niesamowitego nastroju lokowatego chłopaka.

_

Ten moment, gdy zielone tęczówki zarejestrowały hotel na wzgórzu.

-Wow, Louis.. - szepnął sam do siebie, wlepiając oczy w pięciogwiazdkowy apartament. - No ładnie.

Później udał się do recepcji, spytać o numer pokoju Lou, bowiem ten zapisał na owej karteczce jedynie nazwę ulicy. W chwili, gdy dotarł na właściwy korytarz z drzwi, które były rzekomo drzwiami od mieszkania Tommo wyłoniła się wysoka, brązowowłosa dziewczyna. Harry'emu natychmiast skręcił się żołądek. Nie wiadomo dlaczego obrócił się na pięcie i skierował w stronę windy.

- Harry? - głos Louisa sparaliżował go tak, że nie mógł wykonać, żadnego ruchu.

- Oo… Louis.- odparł, próbując ukryć swoją niepewność.

- Dlaczego? Dlaczego szedłeś w kierunku wyjścia? - to pytanie przyparło Loczka do ściany.

Nie wiedział jak sensownie wytłumaczyć swoją 'ucieczkę’, dlatego postanowił nic nie mówić. Kilka minut później siedział w apartamencie swojego nowego przyjaciela, delektując się pysznym sokiem z arbuza.

- Powiesz mi? - Louis stale naciskał.

- Po prostu nie chciałem przeszkadzać. - oświadczył spokojnie Loczek ukazując swój piękny, śnieżnobiały uśmiech.

- W czym? Poza tym Ty mi nigdy nie przeszkadzasz. - odpowiedział Lou czochrając włosy młodszego chłopaka

- No ta dziewczyna.. - zaczął młodszy, ale ugryzł się w język, zdając sobie sprawę, że to nie leży w jego interesie. Czyżby?

- Sprzątaczka. Poza tym jestem gejem. - mruknął Lou siadając na przeciw zszokowanego Harry'ego.


Dzień 5.

Wydarzenia poprzedniego dnia ciągle siedziały w głowie Harry'ego. Nawet scena, w której Louis niezbyt delikatnie oświadczył, że jest homoseksualny. Czyżby miał w tym jakiś cel?

Styles nakrył głowę poduszką próbując odepchnąć od siebie choć na moment nurtujące go pytania. Wtedy, gdy Lou ściągnął koszulkę poczuł dziwne ciepło. A w momencie, gdy przejechał dłonią po jego nagim torsie czuł, że może latać. “Czy to znaczy, że też jestem gejem?” - pomyślał przecierając zaspane oczy.

Nie miał szansy dłużej się zastanawiać, bo w jego sypialni pojawił się nikt inny jak Louis.

- Cześć… Cześć Harreh - jego głos nie posiadał teraz tej cudownej barwy, co wcześniej - Ja.. Przyszedłem przeprosić…

- Za co Ty chcesz mnie przepraszać? - odparł cicho Harry podciągając pod siebie nogi.

Doskonale wiedział, o co chodzi Louisowi. Zdawał sobie sprawę, że zakłopotanie chłopaka rosło z każdą minutą. I najgorsze, że nie potrafił mu pomóc.

- Nie przeszkadza mi to Louis. - uprzedził go mimo wszystko, a swoją rękę zgrabnie skierował w stronę jego, gładkiego policzka.

- Nie chcę, aby to w jakiś sposób popsuło nasze relacje… - słowa z trudem wypływały z ust Louisa.

* perspektywa: Louis *

Nie miałem pojęcia jak zachowywać się teraz wobec Harry'ego. W głębi serca liczyłem na to, że zaakceptuje mój wybór. Nie mogłem przespać nocy, bo ciągle w mojej głowie pojawiał się jego wyraz twarzy. Zaczynałem, żałować, że wyjawiłem mu ten sekret. Ale to po prostu samo ze mnie wypłynęło. Nie kontroluje tego. Mimo, iż nie wstydzę się swojej orientacji to przed Hazzą zwyczajnie było mi głupio. Wiem, że jest tolerancyjny, ale co jeśli to tylko pozory? Co jeśli tak na prawdę myśli inaczej. Znamy się krótko, ale mam stuprocentową pewność, że jest wyjątkowy.


Stałem teraz nad nim. Jego ciepła dłoń owijała się wokół mojego policzka, a zielone tęczówki hipnotyzowały swą barwą. Dałbym sobie wyrwać serce, że przez moment zajechało mi od niego uczuciem, gorącym uczuciem. Właśnie wmawiał mi, że wcale mu moje gejostwo nie przeszkadza. Był wiarygodny, więc dlaczego miałbym nie uwierzyć?

* koniec *

- Czyż nie wyglądam na prawdziwego pedała? - mruknął Lou kręcąc tyłeczkiem na rozładowanie atmosfery.

- Przestań tak mówić. Akceptuje to. Zresztą ja..

- Co Ty, Harreh? - spytał z przejęciem.

- Nie mam nic przeciwko. - odparł krótko.

Louisowi zdawało się jednak, że Hazz miał zamiar wyjawić coś zupełnie innego, a ostatecznie z obawy przed ośmieszeniem zrezygnował.

- To co dziś robimy? - szepnął wyrywając go z zamyślenia.

- Może to - syknął Curly zmniejszając odległość między ich ciałami. Jego dłonie spoczęły na jędrnych pośladkach Louisa, a usta z niesamowitą subtelnością muskały szyję. Oddech Harryego stawał się co raz płytszy. Louis nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Nie spodziewał się, że jego skóra kiedykolwiek poczuje na sobie mokre pocałunki tego rozkosznego dzieciaka.

- Hazz, co Ty.. - wyszeptał mimo, iż nie chciał przerywać tego błogiego uniesienia.

- shhh, wiem, że tego chcesz. - jęknął Harry w odpowiedzi.

Po tych słowach Louis się zamknął. Z jego wnętrza nie padały już żadne dźwięki, nie licząc cichych pomruków, wypełniających całą sypialnię.

Loczek nie kontrolował tych gestów. Czuł po prostu potrzebę bliskości z Louisem. Czuł, że jedynie w taki sposób może udowodnić sobie, co tak na prawdę siedzi w jego sercu.

Punktem kulminacyjnym miał być pocałunek. To właśnie od niego zależało wiele. Podczas, gdy starszy chłopak leżał na plecach, Harry usadowił się na nim okrakiem i odgarnął opadające na jego czoło kosmyki.

- pozwolisz mi? - wychrypiał unosząc brew do góry.

- jestem cały Twój - szepnął, przygryzając dolną wargę w oczekiwaniu na to, co miało się wydarzyć.

Ich twarze dzieliły teraz milimetry, a Harry nachylał się coraz mocniej.

- Zamknij, zamknij oczy Loueh - wysapał, pocierając kciukiem jego policzek.

Chłopak natychmiast wykonał polecenie. Chwilę później spierzchnięte wargi Harry'ego połączyły się z pragnącymi czułości ustami Louisa. Ich języki rozpoczęły szaleńczą walkę o dominację. Bez znaczenia, który z nich by ją wygrał było to zachowanie godne gejowskiego etosu.

- To było.. - zaczął Hazz, ale nie potrafił wykrzesać z siebie więcej słów..

- jak magia Harry, wiem. - dokończył Louis muskając jeszcze zachłannie szyję swojego towarzysza.

Reszta dnia minęła spokojnie. Ale tylko z zewnątrz, bo zarówno w sercu Louisa, jak i w sercu Harry'ego trwała największa rewolucja świata. Mieszanka uczuć, pragnień i marzeń.

Dzień 6.

Kolejny dzień spędzony w apartamencie Harry'ego. Bez wątpienia te wakacje można uznać za udane.

- Chodź do wody, no chodź wreszcie. - ciepły głos Louisa zachęcił Stylesa do zrzucenia z siebie koszulki.

Chwilę później ich ciała ocierały się o siebie w szaleńczo przezroczystej wodzie. Znajdowali się właśnie na jednej z dzikich plaż, gdzie mogli zaczerpnąć trochę prywatności. Główne wybrzeża były obładowane turystami i żądnymi sensacji paparazzi. 

- Louis, ja nie umiem pływać! - krzyknął przerażony, po tym jak jego przyjaciel ciągnął go w głębiny. - Utopie się, ratunku!

- Przestań histeryzować jak dziewczynka - mruknął w odpowiedzi szatyn, nie wypuszczając ze swych objęć przestraszonego dzieciaka.

- Mogę być Twoją dziewczynką - szepnął Styles zaciskając swoje ręce na jego szyi. - ale mnie nie puszczaj, proszę.


Podczas, gdy słońce ogrzewało nagi tors Harry'ego, Louis udał się do pobliskiego sklepu. Minęło może piętnaście minut, a Loczek usłyszał jego głos. Nie był on jednak jedynym. Rozmawiał z kimś. Z dziewczyną. Jakąś dziewczyną. Chłopak poczuł zagrożenie. Poczuł się jakby.. zazdrosny? 'To chyba nie możliwe, że mam ochotę ją zabić za to, że z nim rozmawia’ - powiedział w myślach, klepiąc się w czoło. Postanowił zignorować tą sytuację i powrócił do opalania.

- Auuuuuuć, Ty idioto! - warknął loczek w momencie, gdy na jego ciele spoczęła zimna butelka piwa. - nie mogłeś delikatniej?

- Ojej, przepraszam królewnę - odpyskował Lou, zajmując miejsce obok.

- Gdzie byłeś tak długo ?

- Rozmawiałem.

- Z kim ?

- A z.. a co to przesłuchanie ?

- Nie, wcale mnie to nie obchodzi.

- Jasne.

- No tak.

- Czyżby ktoś tu był zazdrosny?

- Wcale nie jestem.

Usta Tomlinsona ostatecznie spoczęły na nagrzanym policzku Harry'ego szepcząc ciche 'przepraszam’.

_

- Harry, uważaj! Jeżo.. - Louis'owi nie udało się dokończyć, bowiem na plaży rozległ się głośny, chrapliwy krzyk. - Znów mnie nie słuchasz, mówiłem, że zakłada się buty.

- Loueh, to boli, Loueh - mruczał Haz, podczas gdy Tommo niósł go do samochodu. - Boli mnie..

- Wiem, musimy jechać do szpitala, nie wiadomo czy ten jeżowiec miał jad. - odparł spokojnie, a już po chwili przekręcał kluczyć w stacyjce. - Trzymaj się.

Niestety ruch uliczny przybierał stale na sile i nieuniknionym było nie stać w korkach. Na szczęście dzięki spostrzegawczości Louisa udało się jakoś szybko przez nie przebrnąć.

Oddział ani trochę nie przypominał angielskich szpitali. Wszędzie było biało, czysto. Aż za czysto. Taki widok przerażał siedzącego w poczekalni Lou. Chłopak oczekiwał, aż jedne z również białych drzwi uchylą się, a przed nim stanie bujna czupryna. Czas się dłużył, a po Harrym, ani śladu.

Wreszcie jego źrenice zarejestrowały postać, której oczekiwał od dobrej godziny. Hazz stał uśmiechnięty od ucha do ucha z podkuloną nogą. Jego stopa była starannie owinięta w niebieski bandaż. Ciekawe czy kolor sobie wybrał sam czy też zostało to narzucone z góry. No cóż, nieistotne. Ten punkt medyczny był na prawdę dziwny i Lou pragnął opuścić go jak najszybciej. Wziął pod rękę swoją kalekę i wyruszył w stronę wyjścia.

- Lekarz mówi, że jutro już będzie dobrze. Nie miał jadu tylko zwyczajnie ukłuł mnie. - oświadczył dumnie Hazz, przygryzając wargę i robiąc maślane oczka. - Louis, dziękuje, gdyby nie Ty..

- Drobiazg, Kocie. - mruknął starszy chłopak, po czym otworzył drzwi od auta i jednym ruchem ręki zaprosił go do środka.

_

Wieczór był zaskakująco chłodny. Z północy przyszedł zimny front zwiastujący pogorszenie pogody. Wiatry opanowały cały teren. Nie było jakoś przeraźliwie zimno, ale klimatyzacja w zupełności mogła sobie odpocząć.

- Louis? - szepnął Harry kładąc głowę na jego klatce piersiowej. - Louis, mogę Cię pocałować?

Tommo zadrżał słysząc pytanie swojego nowego przyjaciela. Miał wrażenie, że spadł na niego ogromny głaz, bowiem nie potrafił wykonać żadnego sensownego ruchu.

- Mogę? - Styles powtórzył pytanie, na co Lou ponownie zadrżał. Skinął tylko lekko głową na znak zgody.

Sekundę później, mięciutki język Harry'ego Stylesa pieścił jego podniebienie.

Sekundę później czuł jego szybki oddech na swojej skórze.

Sekundę później jego wargi przybrały siną barwę.

Sekundę później wplatał swoje ręce w jego cudowne loczki.

Sekundę później szaleńczo rozpinał koszulę.

Sekundę później pokój przesiąknął sapnięciami i jękami.

Sekundę później jego serce zrozumiało, że.. to miłość.

Dzień 7.

Tego dnia Louis obudził się w swoim łóżku. W tym samym łóżku, które było świadkiem gorących i zachłannych pocałunków. Harry sprawił, że jego tętno przyspiesza na myśl o tym, co było i o tym, co może się zdarzyć. Harry powoduje u niego ciary na plecach i skurcz w brzuchu. Harry.. a właśnie.. Harry.

- Gdzie jesteś? - krzyknął tak, by jego głos rozniósł się po całym pokoju, ale niestety nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wsunął, więc na tyłek jakieś bokserki i skierował się w stronę kuchni.

Po kilku minutach przeszukał cały apartament, ale loczka nigdzie nie było. Czyżby zrobił coś nie tak? Zaczęły go męczyć wyrzuty sumienia.

Nie jedząc śniadania wyskoczył z hotelu zmierzając do miejsca, w którym zatrzymał się Harry.

Wsiadł do windy. Tak. Wsiadł do windy. Liczyła się każda minuta, a czas niesamowicie szybko ulatywał.

Dla ukochanej osoby jesteśmy w stanie pokonać największe przeszkody, dla ukochanej osoby jesteśmy w stanie zmierzyć się z najgorszymi przeciwnościami losu.

Jak smutny wyraz twarzy musiał mieć Louis, gdy drzwi od apartamentu otworzyła mu jakaś wysoka brunetka. Jak bardzo smutny musiał być, gdy dowiedział się, że Harry wyprowadził się z samego rana.

Usiadł na korytarzu i zastanawiał się, co zrobił źle. Gdzie popełnił błąd?

Nie naciskał. Przecież praktycznie wszystko, co się wydarzyło pomiędzy nimi inicjował Harry.

A więc, co zrobił źle?

Zbiegł prędko po schodach do recepcji. Miał nadzieję, że choć tam uzyska jakieś informacje o swoim przyjacielu. Jednak ochrona danych osobowych nie pozwalała na to mimo, iż recepcjonistka sprawiała wrażenie przyjaznej kobiety.

Wrócił do apartamentu bez Harry'ego.

Wrócił do apartamentu ze złamanym sercem.

Nie miał już więcej ochoty na wakacje, spakował walizkę, odczytał zaległe wiadomości bombardujące jego skrzynkę, po czym udał się na ostatni spacer po plaży. Spacer do miejsca, w którym po raz pierwszy spotkał lokatą czuprynę. W głębi duszy pragnął, żeby chłopak siedział tam i czekał na niego, jednak marzenia nie zawsze się spełniają, a przynajmniej nie wtedy kiedy byśmy tego chcieli.

Zrozumiał, że ta przelotna znajomość, że ten przelotny romans nie mógł trwać wiecznie.

Samolot wraz z Louisem na pokładzie odleciał dokładnie o godzinie 17 czasu chorwackiego.

3 miesiące później.

- Mam nadzieję, że Ci spodoba - szepnęła Lottie poprawiając krawat Louisa. - powodzenia w nowej szkole dzieciaku.

- Dzięki Lott, napiszę jak było. - odparł Tommo całując swoją starszą* siostrę na pożegnanie.

Wyszedł z domu oczekując na taksówkę, która zjawiła się dosłownie minutę później. Jego serce zaczęło się powoli goić mimo, iż nadal był zupełnie sam. Jedyną osobą, która go wspierała była Charlotte. Rodzice, gdy dowiedzieli się o jego orientacji przekreślili przyszłość swojego syna. Dobrze, ze otrzymał po dziadku ogromny spadek tak, że mógł bez ich pomocy wieść godne życie. Jednak chyba nic nie zastąpi miłości rodzicielskiej..

Dotarł na miejsce. Budynek był ogromny, a plac na którym znajdowało się mnóstwo przyszłych absolwentów tej szkoły przystrojony został w różne kwiaty. Zrobił krok na przód, gdy nagle poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń.

- Harry? - jego głos drżał, nie wiadomo czy bardziej z radości czy przerażenia.

- Przepraszam Louis, przepraszam Cię tak cholernie. - wyszeptał przez łzy, ciągnąc go w bardziej ustronne miejsce.

- Nie płacz.. - mruknął Lou, przytulając się do odstrojonego w czarny garniak Loczka. - nie płacz.

Było go jedynie na tyle stać. No, bo co miał powiedzieć?

..że tęsknił?

..że każdego dnia modlił się o kolejne spotkanie?

..że stał się sensem jego życia?

..że złamał mu serce?

..że brakowało mu jego zielonych tęczówek?

…że uzależnił się od niego, do tego stopnia, że nic innego nie miało znaczenia?

- Przepraszam - powtórzył Hazz, ale teraz wydawał się być bardziej opanowany. - Rozumiem jeśli mnie nienawidzisz, rozumiem. Zachowałem się jak dziecko. - Przepraszam.

- Lepiej powiedz dlaczego.. - zaczął Louis. - dlaczego mnie zostawiłeś? Wiesz jak się poczułem? Odszedłeś bez żadnego pożegnania.. w ogóle skąd wiedziałeś, że tu będę?

- Przeczytałem listę uczniów i wtedy zrozumiałem, że los dał mi szansę na naprawienie tego, co zjebałem. Kurwa, jeżeli Ty mi dasz szansę.. wyjechałem, uciekłem Lou, uciekłem bo przeraziło mnie to, że Cię kocham.

- Ty tutaj też będziesz się uczył.. zaraz, co? Co powiedziałeś? - wykrzyczał Tommo, ale Hazz zamknął mu usta gorącym pocałunkiem.

- Kocham Cię Louis, potrzebowałem czasu, przepraszam.. - powtórzył cicho i odgarniając loczki z czoła skierował się w stronę apelu.

- Ja.. czekaj.. ja.. Ty, jesteś jak uzależnienie Harry, jak mój prywatny narkotyk. Nie sądziłem, że moje uczucia przybiorą tak bardzo na sile. - odpowiedział Louis, kierując swój wzrok w podłogę.

- To znaczy, że Ty też? - spytał niepewnie Styles przygryzając nerwowo dolną wargę.

- To znaczy, że Cię bardzo kocham. - odpyskował Louis i przyciągnął go do siebie, by złożyć na tych malinowych ustach najsłodszy pocałunek świata.



* Lottie w moim shocie jest starsza od Lou.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka